sobota, 24 lipca 2010

SIEDEM DNI NA MAZURACH - 7

Dziś jest ostatni pełny dzień naszego pobytu w Kruklinie. 
(Wyjeżdżamy jutro około południa.)
Postanowiliśmy spędzić go zupełnie relaksowo, na terenie Siedliska Kruklin. Nacieszyć się atrakcyjnością tego miejsca, zapamiętać jego szczególny charakter.
Przez cały ubiegły tydzień dzieliliśmy nasz czas pomiędzy relaks na rozległym terenie siedliska Kruklin a oglądanie rozmaitych atrakcji tego pięknego regionu Polski, jakim są Mazury. Regionu – dodam – wcześniej przez nas nie odkrytego. Dziś postanowiliśmy nigdzie się nie ruszać a raczej nacieszyć oczy widokiem przepięknie zaprojektowanego terenu rekreacyjnego – tak, by nasze wspomnienia zostały ściśle powiązane z tym miejscem.
Tak więc Wala się opalała a ja siedziałem sobie w cieniu altanki, spisując swoje wrażenia. Później podjechaliśmy nad jezioro Kruklińskie, by w końcu zakosztować w nim kąpieli. Mogliśmy wprawdzie pojechać tam na rowerkach (które notabene są w wyposażeniu pensjonatu), ale ponieważ Wala niezbyt pewnie czuje się w siodle (czy, jak kto woli; na siodełku) a i miejscami piaszczysta polna droga podnosi stopień trudności jazdy rowerem, podjechaliśmy tam wiec PiTkiem (to jest PT Cruiserem).
Na plaży nad jeziorem zastaliśmy dwa inne małżeństwa z naszego Siedliska – młode małżeństwa z małymi dziećmi. Woda była ciepła, choć nie przesadnie, dobrze chłodząc ciało z upału. Popływałem sobie trochę rozkoszując się jej chłodem. Wala też często schodziła ze słońca, by ochłodzić się w wodzie jeziora. Brodziła sobie po pas w wodzie – dalej nie odważyła się wchodzić, bo jak twierdzi: nie pływa. Nie dała mi się jednak namówić na mały eksperyment, by udowodnić jej, że na pewno pływałaby jak boja, unosząc się na powierzchni wody. (To taki mój żarcik!)
Znowu odważyłem się trochę wygrzać na słońcu, jednocześnie chroniąc głowę w cieniu. Poczytałem też sobie trochę prasy chrześcijańskiej. Po może dwóch godzinach wróciliśmy do domu. 
Wala poszła do pokoju a ja zrobiłem sobie sesję zdjęciową z konikami. Bardzo wdzięcznie mi pozowały, biegając, potrząsając głowami, tarzając się w piachu. Trochę, niestety pogryzły mnie gzy, czy, jak nazywają je inni: muchy końskie lub ślepaki (których tu nie brakuje!). Ale czego się nie robi dla sztuki!
Dopiero pod wieczór, około szóstej, podjechaliśmy na obiad do Starego Młyna. Ja jak zwykle miałem ochotę na ryby, ale dałem się przekonać Wali na spróbowanie czegoś bardziej tradycyjnego. Wzięliśmy więc kartacze (coś w rodzaju pyz z mięsem) i pierogi z mięsem szczupaka(!). O tych pierogach słyszeliśmy od początku naszego pobytu i mieliśmy ochotę spróbować tej regionalnej, mazurskiej potrawy. Ja wziąłem sobie jeszcze kotleta schabowego po wiejsku (z podsmażaną kiszoną kapustą). Zważywszy cenę (12 zł) porcja była bardzo duża i syta!
Właśnie kiedy byliśmy w trakcie jedzenia zadzwonił pastor Wiazowski, którego nie zastaliśmy wczoraj (i zostawiliśmy mu w drzwiach karteczkę). Zaprosił nas na kawę. Za jakiś moment zadzwonił nasz kolega Zygmunt z Kętrzyna, którego też nie zastaliśmy, tylko jakieś trzy dni wcześniej, i analogicznie: zostawiliśmy mu w drzwiach karteczkę. Powiedział, że mogą przyjechać do nas do pensjonatu o ósmej. Pojechaliśmy więc szybko do Giżycka kupić jakieś słodkości na wieczór oraz odwiedzić pastorostwo Wiazowskich.
To było bardzo miłe, kiedy Konstanty, człowiek dobrze już po siedemdziesiątce, objął mnie na przywitanie i powiedział coś w rodzaju: „Daj się Pawełku przytulić. Tak się cieszę, że Pan cię zachował przy życiu.” Spędziliśmy z nimi dobrą godzinkę, rozmawiając o tym, jaką wartość ma życie, wspominając wspólne przeżycia i wspólnych znajomych.
Kiedy wyszliśmy, zadzwoniłem do Zygmunta, by spytać na jakim są etapie. Okazało się, że właśnie przejeżdżają przez Giżycko i szukają drogi na Kruklin. Tak więc mogliśmy poprowadzić ich z Giżycka do naszego Siedliska.
Kiedy już wszystko im pokazaliśmy (na zewnątrz i wewnątrz) usiedliśmy sobie w lounge na parterze i sycąc się owocami, słodyczami i ciasteczkami wspominaliśmy „stare dobre czasy”. A wspólnych wspomnień było naprawdę sporo: jeździliśmy razem na obozy młodzieżowe, ja studiowałem razem z Zygmuntem (choć on był kilka lat wyżej), a z Helenką razem uczyliśmy się na Szkółce Niedzielnej (odpowiednik RK religii) – choć ona kilka lat niżej, niż ja. 
Zygmunt (o 7 lat starszy od Heli) ma wygląd kresowego szlachcica: długie sięgające podbródka wąsy, mocno zaznaczone kości policzkowe i niespokojne, świdrujące oczy. Helenka wyglądała przy nim jak córka – nigdy w życiu nie dałbym jej więcej niż dwadzieścia kilka lat. Świetna figura, ani jednego siwego włoska. Jednak razem tworzą oni świetnie dobraną, pełną radości i dobrego poczucia humoru parę. Hela zdaje się tonować bardzo wyrazisty charakter oraz czasem radykalne poglądy Zygmunta.
Rozmowom Polaków nie było końca. To był bardzo miły wieczór. No i w ogóle bardzo urozmaicony towarzysko dzień.
A więc wszystko zaliczone: odpoczynek, turystyka, spotkania towarzyskie. A przecież to są składniki dobrze spędzonego urlopu! Czas więc wracać do domu!
***
I rzeczywiście: teraz, gdy to piszę, jest już sobota, godz. 11.30. Za pół godziny zwalniamy pokój. Wszystko spakowane; tylko znieść bagaże do samochodu, wziąć prysznic, wypić kawę i w drogę! To był naprawdę piękny urlop! Niezapomniany! Dzięki naszym sponsorom.
No właśnie: dzięki!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.