środa, 30 czerwca 2010

Przebudzenie



Napisane 5 maja 2010

Kiedy ktoś budzi się, otwiera oczy, rozgląda się – i od razu orientuje się, że znalazł się w szpitalu, to natychmiast w jego głowie pojawia się myśl, że chyba coś niepokojącego musiało się ‘zadziać’ z jego zdrowiem.
Tak też wyglądało to w moim przypadku. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem nad sobą pochyloną z troską twarz doktora ubranego w zielony kitel.
Z odpowiedzi na moje pytanie o dzień tygodnia, zorientowałem się, że z mojego kalendarza zniknęły gdzieś dwa dni! „To już nie przelewki” – pomyślałem.
„Panie Jarosz – usłyszałem znowu ciepły głos mojego - jak się później okazało - lekarza prowadzącego – No, wrócił Pan do nas! Miał Pan wylew krwi do mózgu. Miał Pan sporo szczęścia – ciągnął dalej – zwykle przy tak rozległym wylewie umiera się zanim przyjeżdża pogotowie…”
Te informacje w zupełności mi wystarczyły, bym mógł właściwie ocenić moją obecną sytuację… Nie pamiętam, czy się wtedy spociłem czy nie. Pamiętam to uczucie, że wszystkie moje plany i zamierzenia – projekty, które aktualnie realizowałem, ba, nawet moje tzw. osiągnięcia – nijak się mają do stanu, w jakim się znalazłem.
Nagle wszystko straciło znaczenie! I nie była to wcale jakaś pesymistyczna myśl. Ta myśl sprawiła mi nawet przyjemność, wnosiła bowiem promień słońca w moją duszę, jakieś uporządkowanie w mój - w tamtej chwili nieskładnie funkcjonujący -  skołatany umysł.
Bo oto zdałem sobie sprawę, że to, co się naprawdę w życiu liczy, to nie osiągnięcia, działania i cały ten „szum” jaki lubimy tworzyć wokół swojej osoby, ale stworzenie bliskich, przepojonych miłością relacji. Krótko mówiąc: bycie takim człowiekiem, by w sytuacjach ciężkiej choroby (lub nadchodzącej śmierci) przy moim łóżku szpitalnym znalazło się grono ludzi, którzy swoim przyjściem wyrażą troskę, głęboki żal z powodu zaistniałej sytuacji; a może też i wdzięczność za coś, co może ja uczyniłem im – z głębokiej przyjaźni, z serca.
Ja miałem to szczęście, że przy moim „łożu boleści” (ból głowy był chwilami nie do zniesienia!) stanęło wiele takich osób a listy przekazywane drogą elektroniczną, płynęły ze wszystkich stron świata: od Indonezji aż po Meksyk…
Jednak najważniejsze dla mnie było to, że mojego szpitalnego łóżka nie odstępowała moja najbliższa rodzina: żona Wala, syn Michał z synową Mają i z ich córeczką a moją cudowną wnuczką Hanią (niestety, nie pozwolono jej mnie odwiedzać). Z trudem przekonaliśmy (oboje z Walą) Maję i Michała, by nie odwoływali swojej podróży na Teneryfę, tłumacząc, że mam się już lepiej i jak wrócą będę już w sanatorium; rokowania lekarzy są pomyślne a to znaczy, że zagrożenie minęło…
Oczywiście, zjawiła się też ta dalsza rodzina – przy czym „dalsza” nie znaczy tu „gorsza”. Według mojej obecnej definicji, bliższa to ta, którą widzę codziennie, bądź co drugi dzień (żona, dzieci). Natomiast dalsza to ta, którą widzę rzadziej (rodzice, rodzeństwo). Zapiszę to na plus Panu Bogu, że to mój obecny stan zdrowia dostarczył pretekstu do rodzinnych spotkań.
*** 

 Powrócę jeszcze do wydarzenia tamtego feralnego wieczoru a też do dnia po nim następującego – z którego, przyznam się, niewiele (lub „nic”!) nie pamiętam.
W sobotę, późnym wieczorem, po zgłoszeniu żonie potwornego bólu głowy, połączonego z huczeniem i piskiem wewnątrz głowy, opadłem z sił i zasnąłem. Wala wahała się czy wezwać pogotowie, ale ponieważ miałem też silne torsje, nie była pewna czy nie było to wyjątkowo silne zatrucie pokarmowe. (W południe zjadłem „podarowanego” łososia, więc podejrzenie padło na niego.)
Dopiero rano zadzwoniła po syna i zawieźli mnie do piaseczyńskiego szpitala, gdzie zbadano mnie najpierw na okoliczność zatrucia.
Podobno sam się ubrałem i zszedłem do samochodu – czego zupełnie nie pamiętam! Że coś jest ze mną „mocno nie tak” Wala zdała sobie sprawę już w szpitalu, kiedy podczas rejestracji nie byłem w stanie udzielić najprostszych informacji na temat mojego wieku, adresu, itp. Ba! Pomyliłem nawet imię mojej ukochanej wnusi!
Po wykluczeniu zatrucia pokarmowego, karetką przewieziono mnie do szpitala MSWiA na ul. Wołoskiej w Warszawie, na Oddział Udarowy  Kliniki Neurologicznej.
Resztę opisałem w powyżej.

Gotowy na spotkanie ze Stwórcą

25 kwietnia 2010r. całkiem niespodziewanie znalazłem się w szpitalu. I kiedy piszę „całkiem niespodziewanie”, to nie mam tu na myśli logicznie wytłumaczalnej konsekwencji jakiegoś zdarzenia lub pojawienia się i stopniowego rozwoju niewydolności któregoś z organów mojego ciała.
Ot, po prostu: jednego dnia funkcjonowałem jak zdrowy -- w pełni sił, w pełni aktywności zawodowej -- pięćdziesięciolatek a następnego dnia mój mózg nagle zaczął nieprawidłowo funkcjonować: miałem kłopoty z pamięcią i z kojarzeniem faktów (tego, co się wokół mnie dzieje). Zresztą, wiem to tylko z opowiadań innych – nic z tego dnia nie pamiętam.
W szpitalu tomografia mózgu wykazała iż nastąpił udar krwotoczny – czyli wylew krwi do mózgu, a dokładnie w przestrzeń podpajęczynówkową. Najprawdopodobniej było to spowodowane powstaniem i pęknięciem tętniaka.
Bardzo pasuje tu określenie, że spadło to na mnie „niczym grom z jasnego nieba”. Niebo nade mną rzeczywiście było jasne i nic nie zapowiadało „nadciągającej burzy”. A jednak tego dnia nasz Wielki Mierniczy podzielił moje życie na dwie różne części – na życie przed i po wylewie…
Wydarzenie to, nawet jeśli ja nie postrzegam jako wtedy traumatyczne dla mnie (w schorzeniu tym mózg zostaje jakby częściowo wyłączony i dużo dzieje się poza świadomością chorego), to jednak wstrząsnęło ono egzystencjalnymi podstawami mojego życia.
Po pierwsze: zdałem sobie sprawę z tego jak kruche jest ludzkie życie, tzn. jak mały mamy wpływ na to , ile i jak* będziemy żyli (*tzn. w jakim stanie zdrowia).
Po drugie: uświadomiłem sobie dokładnie stan mojej wiary. W moim przypadku przeszedłem sprawdzian. Ten wypadł pomyślnie: kiedy w szpitalu, po odzyskaniu przytomności (był to poniedziałek, 26 kwietnia), zdałem sobie sprawę z tego, jak bliski byłem „przejścia na drugą stronę” – przyjąłem to z nadspodziewanym spokojem i akceptacją. Byłem gotowy na spotkanie ze Stwórcą.
Po trzecie: wyraźnie wtedy zobaczyłem, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Jak wspomniałem wcześniej: choroba zastała mnie w chwili pełnej aktywności i to pod każdym względem: rodzinnej, małżeńskiej, fizycznej, zawodowej… Poza moimi zwykłymi obowiązkami (służbą pastora), podjąłem i właśnie zakończyłem 5 tygodniową pracę zleconą w firmie zajmującej się inwentaryzacja majątku dużych firm. Ponadto jestem (a raczej byłem) zaangażowany w czterech komitetach organizujących duże międzykościelne imprezy (WEŚB, ŚDM, CROWN, GLS), I oto nagle, pośród tych wszystkich aktywności, dopada mnie choroba, która na kilka  tygodni przykuwa mnie do szpitalnego łóżka. Czy myślicie, że musieli mnie przypinać do niego pasami? Że się rwałem, by zakończyć wszelkie rozpoczęte sprawy, zobowiązania, projekty? Nie! Powiedziałem cichutko (albo tylko w myślach): „Panie, jestem tu, gdzie Ty zdecydowałeś, bym był. Niech dzieje się Twoja wola, nie moja…” Nagle zrozumiałem, że liczy się nie to „ile dla Boga zrobimy”, „ile w życiu dokonamy” i „jak na ludzie oceniają”. Ta choroba uświadomiła mi, że najważniejszą rzeczą jest stan mojego serca – „czy Syn Człowieczy znajdzie w nim wiarę…”
Często mówi się, że nawet w ostatniej godzinie życia można się oddać pod opiekę Boga. Problem w tym, że często te ostatnie godziny życia nie pozostawiają już miejsca na tego rodzaju decyzje… Ze mną podobno też „było już krucho”  - mogłem się ocknąć „po jednej albo po drugiej stronie”. Zresztą, nawet po „przebudzeniu”, a i przez pierwsze dwa tygodnie nie byłem w stanie skupić się dłużej na modlitwie. Na zastanawianiu się nad „sprawami wiary” – nie mówiąc już o studiowaniu Słowa i o retrospektywnej, pokutnej modlitwie. Tak więc, jestem wdzięczny Bogu, że mogłem choć sprowadzić cała moją wiarę do słów: „Jestem gotowy, gdziekolwiek mnie poprowadzisz”.
Jedyny niepokój (choć i on szybko minął), kiedy lekarz uświadomił mnie o moim wciąż jeszcze poważnym stanie, wzbudziła myśl: „A co z moimi najbliższymi? Żoną, dziećmi, wnuczką? Nade wszystko nie chciałbym im sprawić bólu. I: co będzie z Walą – jak sobie poradzi sama, beze mnie?...”
I wtedy uświadomiłem sobie, że Bóg zatroszczył się już o wszystko! Jeszcze osiem miesięcy temu nasza stabilizacja życiowa pozostawiała wiele do życzenia. Brak wystarczających środków do życia, brak stabilnej służby, czuliśmy nawet brak miłości niektórych, którym służyliśmy. Dziś, Bożym zrządzeniem, sytuacja wygląda diametralnie inaczej: mamy satysfakcjonującą i stabilną służbę; środki do życia; czujemy się potrzebni i docenieni. Wala spełnia się też w służbie kobietom na różnych poziomach (w kościele, w działaniach międzykościelnych); ma wiele wspaniałych przyjaciółek; ma dach nad głową, środki do życia, stabilną pracę.
I tak, powierzywszy wszystko w Boże ręce, powierzyłem Mu też i moje życie.

Tytułem wstępu.

Dziś rano (no, może nie było to zupełnie rano;-) przy kawie przeczytałem w czasopiśmie Słowo i Życie świadectwo nawrócenia niejakiego Jacka. Świadectwo poruszające, dające do myślenia i napisane pięknym stylem!
Pomyślałem sobie: to niesamowite, jak dobry wpływ można mieć na innych za pośrednictwem słowa pisanego! Dlaczego miałbym zachowywać tylko dla siebie to, czego uczę się każdego dnia: o sobie, o innych, o życiu, no i o Stwórcy!
Szczególnie teraz, po moich ostatnich doświadczeniach, kie-dy wskutek choroby otarłem się o śmierć. Mam przecież tyle wspaniałych pozytywnych doś-wiadczeń, przemyśleń i rzeczy, których Bóg nauczył mnie w tej chorobie. A więc postanowiłem zacząć pisać! A zacząłem już w szpitalu.
Zanim jednak zacznę pisać, powiem kilka słów o sobie: Nazywam się Paweł, jestem mężem, ojcem, teściem i dziadkiem (no i oczywiście jeszcze czyimś synem i bratem). Mieszkam z moją rodziną (czytaj żona i - w bezpiecznej odległości - syn z jego rodzinką) w podwarszawskim Piasecznie, gdzie przeprowadziliśmy się 3 lata temu z Warszawy.
Mam już na karku pięćdziesiątkę, ale, jak to czasem z facetami bywa, nie czuję się staro – ot, jak gdybym wczoraj zrobił maturę. Niestety moje z lekka już „przechodzone” ciało przypomina mi od czasu do czasu, że nie jestem już młodzieniaszkiem (i to dobrze)!
Chciałem napisać, że nie czuję się dziadkiem – ale to byłaby nieprawda. Jestem dziadkiem małej dwudziestomiesięcznej Hani i wcale nie mam nic przeciwko temu! Ale po kolei. Bo przecież zanim wnuki, to musiały być wcześniej jakieś dzieci, a jeśli tak, to znaczy, że była tez jakaś szalona wielka miłość. Bo rzeczywiście była (i taką pozostała!).
Moja szalona miłość ma na imię Walentyna – ale nazywają ją różnie: Wala, Walcok, Walciszka (z jakichś powodów jej starsza siostra nazywa ją Acik;) Poznaliśmy się grubo ponad ćwierć wieku temu na jakimś obozie w Bieszczadach. Od razu wpadła mi w oko! Później „kolegowaliśmy się” na obozie w Ostródzie. Po roku, czy dwóch latach spotkaliśmy się znowu (i to wcale już nie przypadkowo) na zimowisku w Jeleniej Górze, skąd mój Walcok pochodzi. Wyjechałem stamtąd już jako „chłopak Wali”. Yeah!
Dwa lata później wzięliśmy ślub (mieliśmy około 22 lat – ja troszkę starszy niż ona;) a równe 9 miesięcy później przyszedł na świat owoc naszej miłości – Michałek. Zamieszkaliśmy w Warszawie. 
Acha, jako, że mój tata był pastorem ewangelicznego kościoła, przeto i ja w jakiś przedziwny sposób poszedłem na studia teologiczne. Teologia – jako nauka, nie bardzo mnie wtedy wciągała (wszak moje studiowanie nałożyło się z moim zakochaniem w Wali). Ale ponieważ zawsze byłem typem towarzyskim, figlarnym, uśmiechniętym od ucha do ucha, to spełniałem się i nadal spełniam w pracy z ludźmi, w wymyślaniu dla nich ciekawych wyzwań i przewodzeniu im w ich podejmo-waniu. Wszystko oczywiście w ramach ewangelicznego kościoła.
W latach dziewięćdziesiątych założyliśmy z Walą na Ursynowie chrześcijańską wspólnotę ludzi „pozytywnie zakręconych”, zakochanych w Bogu, czy po prostu idących z Nim przez życie – określeń może być wiele. Przez prawie dwadzieścia ostatnich lat spełnialiśmy się w prowadzeniu tej wspólnoty. Ostatnio prowadzimy podobne działania w ramach warszawskiej parafii Kościoła Zielonoświątkowego. Znaleźliśmy tu życzliwych i fantastycznych ludzi. Tak, jak wcześniej dla naszej niewielkiej wspólnoty, tak i tu prowadzimy dla nich cotygodniowe spotkania: dla mężczyzn, dla kobiet, dla małżeństw. Organizujemy też pikniki, grille, wczasy letnie i konferencje – całodniowe spotkania z ciekawymi gośćmi.
I to tyle z grubsza o mnie, o moim życiu, o moich bliskich i przyjaciołach. Reszty dowiesz się czytając dalej mojego bloga.