Jednak rano obudziłem się cały i zdrowy. Opowiedziałem Wali o moich lękach i zaplanowaliśmy nigdzie dziś nie jeździć. Ja siedzę w altance i to skrobię, a Wala się opala na pomoście (na moich oczach oraz pod czujnym okiem kamery ochrony ;). Może później wyskoczymy tylko tu opodal, do Starego Młyna na pierogi ze szczupaka. Podobno to „mistrzostwo świata” i być na mazurach a tego nie spróbować to wielki grzech! Wieczorem będzie ognisko – wspólne dla domowników Siedliska. Ale to dopiero wieczorem….
Tego popołudnia zaliczyliśmy jeszcze z Walą rejs jachtem pełnomorskim (Przypomniała mi się snobistyczna Hiacynta z angielskiego serialu, która wybierała się na "johting" po... kanałku. Ha, ha, ha!) – a właściwie to tylko małą wiosłową łódką… po naszym siedliskowym stawie. Przypomnieliśmy sobie czasy naszej młodości, kiedy pływaliśmy razem kajakiem po jeziorach Ostródy i Oćwieki. Szuwary pachniały tak samo, wystające z pomiędzy trzciny pałki kusiły do ich zerwania – też jak te ostródzkie! Tylko my jakby troszkę inni, odmienieni przez upływ czasu…
Po odbytym rejsie wzięliśmy prysznic i udaliśmy się do Giżycka na małe zakupy. Kupiliśmy trochę owoców, by był to nasz wkład w ogniskowe biesiadowanie.
Po zakupach wjechaliśmy na wieżę widokową i obejrzeliśmy Giżycko z góry. Zrobiliśmy też sobie zdjęcia przy dwóch obiektach, które Wala wypatrzyła wcześniej zza szyby samochodu: przy pomniku dziewczyny z żabą przy miejskiej fontannie i przy niebieskim domku porośniętym bluszczem w centrum miasta.
O 19.00 wróciliśmy na ognisko. Było nas pięć dorosłych osób, troje dzieci i kot. Kot był zresztą bardzo szczęśliwy, że może tu sobie pogryzać świeżą i czystą trawę. Ponadto zawarł znajomość z pewną drobną szarą kotką. Niestety, on kastrat – ona wysterylizowana, więc dzieci z tego związku być nie może… Wieczór rozwijał się ciekawie, w miarę upływu czasu rozmowy stawały się coraz bardziej bezpośrednie i osobiste.
Humorystycznym akcentem wieczoru była trzykrotna próba upieczenia kiełbaski przez jedną z pań. Niestety, wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem – kiełbaska niezmiennie lądowała w ognisku. Tu znowu klasę pokazał nasz gospodarz – pan Darek, osobiście wysmażając kiełbaskę dla pani Ani. Wieczór skończył się około północy. Wszystko odbyło się kulturalnie, nie przekraczając kanonów dobrego smaku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.