wtorek, 20 lipca 2010

SIEDEM DNI NA MAZURACH - 1



































Jesteśmy z Walą na urlopie! 


I nie  byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że jest to nasz pierwszy urlop od wielu lat, i uwaga: pierwszy w życiu prawdziwy urlop!


Kiedyś owszem, zwiedziliśmy prawie całą Europę, korzystając zarówno z „bonusów” mojej pracy (konferencje zagraniczne) jak też z uprzejmości naszych zagranicznych przyjaciół. 
Od pewnego jednak czasu nasze możliwości (w tym finansowe) mocno się uszczupliły. Wyjeżdżaliśmy więc głównie na wczasy rodzinne, których byliśmy organizatorami – a więc w zasadzie jechaliśmy do pracy...
A co mam na myśli mówiąc „prawdziwy urlop”? Otóż, kiedy kiedyś jeszcze wyjeżdżaliśmy w czasie wakacji gdzieś daleko od domu, to zawsze z pewną dozą zazdrości patrzyliśmy na ludzi odpoczywających obok nas, jak – nie licząc się z finansami – rozkoszowali się wolnością, podczas, gdy my musieliśmy liczyć się z każdym groszem, sami sobie przygotowując skromne posiłki ze składników przywiezionych ze sobą.
Tym razem jest inaczej. Nie wchodząc w szczegóły, bo w tym sprawach dyskrecja jest jak najbardziej wskazana :-), zostaliśmy wyposażeni w fundusz urlopowy. Tzn. w fundusz, który możemy zużytkować tylko na nasz odpoczynek.
Teraz więc i my możemy cieszyć się wolnością (wolnością od martwienia się o finanse). Mogliśmy wybrać miejsce i pensjonat, w którym chcemy spędzić urlop, a także restauracje i inne atrakcje jakich chcemy zakosztować podczas pobytu.
***
Wybraliśmy Mazury. Okolice Giżycka. Mały wiejski domek w stylu typowej architektury mazurskiej (tzw. mur pruski) zagubiony gdzieś na mazurskich bezdrożach. Znaleźliśmy go w Internecie. 
To, co nam się w nim spodobało, to jego rustykalny charakter – każde z pomieszczeń ma swoją nazwę, swój odrębny charakter i unikatowe malowanie mebli. Nasz pokój nosi nazwę Wiosenny Sad a jego rustykalne meble i fragmenty ścian mają namalowany motyw gałęzi kwitnącej wiśni. Inne nazywają się: Różany Ogród, Letnia Łąka, Błękitne Pnącze, Kraina Elfów, Anielski oraz Wiejskie Malowanie. Trudno byłoby się zdecydować, który wybrać. Na szczęście dla nas kiedy my robiliśmy rezerwację wolny był jeszcze tylko jeden…
Pani, która nas przywitała oprowadziła nas po tych, do których goście jeszcze się nie wprowadzili. Dekoracje są rzeczywiście imponujące, a wszystko – włącznie z łazienkami, holami typu lobby oraz wspólnym pomieszczeniem jadalnym na parterze – w bardzo eleganckim stylu. Wszystko czyste, pachnące nowością – to dopiero drugi sezon działania pensjonatu Mazurskie Siedlisko Kruklin. Jak nam powiedziano: wszystkie meble to autorskie projekty, ręcznie wykonane i malowane.
Cały teren: rozległy, ze stawami, wysepkami i łączącymi je z lądem drewnianymi łukowatymi mostkami. Obszerna altana z wielkim stołem i ciężkimi drewnianymi krzesłami. Miejsce do grillowania, plus jeszcze dwa nad brzegiem jeziorka. Na wyspie miejsce na ognisko z przygotowanym drewnem i zastruganymi patykami na kiełbaski. Dwa pomosty z leżakami do opalania, wiosłowa łódka. I wreszcie stadnina koni (kilkanaście pięknych sztuk) z piękną stajnią w takim samym stylu jak dom.
Na terenie trwa budowa drugiego, większego obiektu turystycznego – prawie na ukończeniu. By dotrzeć do siedliska trzeba jechać polną drogą około 2 km. To gwarantuje, że nie docierają tu żadne odgłosy cywilizacji – tak ważna sprawa dla spragnionych prawdziwego odpoczynku. Wjeżdżających wita szeroko rozwarta brama z fragmentami kamiennych murków po obu jej stronach. A na bramie taki oto napis:
Miejsce to z zagubionych w codzienności
Rzeczy stworzyliśmy
By wzniecić czar życia z dawnego
Siedliska zgliszczy
Zamknij oczy i posłuchaj co stara chata
Ci szepcze do ucha
Kiedy zajechaliśmy tu w sobotę wczesnym popołudniem (z zamiarem spędzenia tu pełnego tygodnia) z miejsca oczarowało nas to co tu zobaczyliśmy. Obeszliśmy wszystko dookoła, posiedzieliśmy w altanie i na pomoście (na pływanie łódką było za gorąco – około 32*C). Później poszliśmy przywitać się z konikami. Ale na naukę jazdy chyba żadne z nas się nie zdecyduje. Zresztą nie wiem, czy po udarze mi wolno…
Pod wieczór udaliśmy się do reklamowanej przez gospodynie karczmy Stary Młyn. Pensjonariusze Siedliska mają tam 10% rabatu. Miejsce ładne, obsługa uprzejma, jedzenie smaczne. Wala wzięła filet z sandacza a ja węgorza z patelni w sosie koperkowym. Mniam mniam!
Po tym obfitym posiłku wróciliśmy do naszego  Siedliska, by cieszyć się jego walorami estetycznymi - zarówno samego domostwa jak i obezwładniającej swoim pięknem, okolicy...  Jedynym, jak do tej pory, minusem jest to że nasz pokój znajduje się na poddaszu w południowo zachodnim narożniku domu. Jest więc w nim bardzo gorąco. Oboje spaliśmy na kołdrach i jakoś do rana dospaliśmy.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.