niedziela, 18 lipca 2010

DZIESIĘĆ DNI Z ŻYCIA PACJENTA

Kończy się niedziela – 6 dzień mojego pobytu w sanatorium w Wesołej. W zasadzie dziś tylko formalnie byłem pacjentem tej placówki rehabilitacji. Większość czasu spędziłem bowiem poza jej murami. Najpierw, zaraz po przebudzeniu i śniadaniu wybyłem na nabożeństwo „mojego kościoła” (W odróżnieniu od kościoła, do którego udawała się większość pacjentów.) Zresztą miło mi było znaleźć w spisie adresów kościołów, wywieszonym na tablicy informacyjnej w holu wejściowym, również adres mojego kościoła na ulicy Siennej w Warszawie. W recepcji powiedziałem tylko, że wychodzę do kościoła na nabożeństwo. Nie ryzykowałem by precyzować że chodzi o kościół znajdujący się w centrum Warszawy. Zresztą w niedzielę przejazd tam zabiera tylko 20-25 minut.
Ale po kolei. Po pierwsze – jeszcze do 8.30 rano nie byłem pewny, czy zdecyduję się jechać na nabożeństwo. Wiktor, mój znajomy z tegoż koscioła, mieszkający w Wesołej, już kilka dni wcześniej, podczas jego wizyty w sanatorium, proponował mi wspólną jazdę na nabożeństwo. Uzależnialiśmy to od mojego stanu zdrowia, więc miał dzwonić w niedzielę rano a ja do tego czasu  miałem podjąć ostateczną decyzję. Wynikł jednak problem z transportem dla Wali, być może będzie musiała jechać autobusem z Piaseczna a w przypadku mojego przyjazdu do zboru, miała mi wziąć garnitur. (Nie czułbym się dobrze jako pastor, gdybym miał zjawić się na niedzielnym nabożeństwie w jeansach i koszulce polo.) O 8.30 zadzwoniła Wala, mówiąc że ma transport: zabierze ją Jola – ta sama, która przywiozła mnie tydzień temu do sanatorium. A więc zadzwoniłem do Witji, że jedziemy. I pojechaliśmy.
W zborze pastor zgotowali iście królewskie przywitanie. Po czasie uwielbiania a przed kazaniem nagle wypatrzył mnie, uśmiechnął się szeroko i powiedział: Ale zanim wysłuchamy kazania przywitajmy naszego drogiego brata Pawła Jarosza, który jest dziś znów pośród nas! I przy akompaniamencie „przywitalnych” oklasków” zszedł z podium i przytulił mnie mocno. Pomyślałem sobie: I ty chłopie wahałeś się, czy przyjechać na nabożeństwo?! Co ciekawe, tej niedzieli nabożeństwo było transmitowane przez I Program Polskiego Radia. Może ktoś ze znajomych słuchał tej transmisji i będzie się zastanawiał, czy to o tego Pawła chodzi, czy nie?
Również po nabożeństwie wiele osób podchodziło do mnie i wyrażało radość z tego, że ta sprawa nie skończyła się gorzej i że wracam do pełnego zdrowia. To było wspaniałe: czuć troskę i przyjaźń tylu setek ludzi – czuć, że mam swój kościół, jestem jego częścią… To jak bycie jednym z członków ciała; jeżeli zachoruje jeden członek, to cierpi z nim całe ciało. (To nie ja wymyśliłem to porównanie, nieprawdaż?;) Cenne też było słyszeć deklaracje typu: a my tu cały czas wiernie wołaliśmy w Twojej sprawie do Boga. Cenna jest ta wierność w Ciele Chrystusowym – Kościele. Bo co innego jest obiecywać „będę się o ciebie modlił”, a co innego naprawdę się modlić…
Po nabożeństwie Wiktor nie tylko odwiózł mnie z powrotem, ale też nie puścił bez obiadu. Zamiast zawieźć minie prosto do sanatorium skręcił w ulicę prowadzącą do jego domu - dużego i wygodnego. Wiktor ma bowiem szóstkę dzieci – z czego trojka jest już „na swoim”. (Pozostają trzy córeczki do wydania za mąż – a że urodziwe, to nie powinno z tym być problemu.;)
Spędziłem więc z jego rodziną miłe chwile a jego żona (chyba Luba) ugościła mnie pysznym obiadem. Starałem się nie jeść zbyt wiele, bo krótko potem spodziewałem się wizyty rodziny (Wala z dziećmi i wnuczką) a w planie mieliśmy grillowanie na działce (tej z przyczepką:). Kiedy zadzwonił mój telefon z informacją, że Wala i dzieci są już w drodze, Witja odwiózł mnie pod bramę sanatorium, gdzie za chwilę przywitałem moje, opalone słońcem Teneryfy, dzieciaki. Najpierw pokazałem im moje nowe miejsce zamieszkania. A więc ogród, kawiarenkę, salę ćwiczeń i na końcu mój pokój. Wala przepakował moje ubrania – czyste na miejsce brudnych, które pojadą z nią do domu. Po czym udaliśmy się na naszą działkę – dzieciaki samochodem (nota bene: moim, bo ich się zepsuł) a ja z Walą pospacerowaliśmy ścieżeczką przez las.
Na działce natychmiast zajęliśmy się przygotowaniami do grillowania: ja z Michałem rozpalaliśmy oba grille a dziewczyny przygotowały produkty do grillowania. Wkrótce żar w obu grillach był wystarczający i za moment zaczęły na nich skwierczeć: szaszłyk z kurczaka i z łososia, boczek (tylko kilka małych plasterków – szkoda…L), kawałki kurczaka (na ostro), ser typu Camembert (też z grilla!) i kiełbaski. A na deser były jeszcze grillowane banany z kawałkami czekolady (i ponoć z alkoholem) i sernik z galaretką (na zimnoJ). Maja była autorką większości tych przysmaków. Podjadłem tak, że jeszcze kładąc się spać trzymałem się za brzuszek. No ale grilluje się raz na jakiś czas, no nie?!
Rozstaliśmy się w momencie, kiedy niebo się zachmurzyło i do naszych uszu zaczęły docierać odgłosy burzy. Ale i tak spędziliśmy ze sobą kilka godzin a pora była odpowiednia na powrót do domu – każdy do swojego: oni samochodem do Piaseczna (co pewnie zajęło im z półtorej godziny) a ja ścieżeczką do sanatorium (spacerkiem 15 minut).
A w sanatorium, na ławeczce przed wejściem czeka już na mnie pan Janek, który zdążył już wrócić z weekendowej przepustki (mieszka na Ursynowie, więc nie ma daleko do domu).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.