sobota, 10 lipca 2010

DZIESIĘĆ DNI Z ŻYCIA PACJENTA

Czwarty dzień mojego pobytu w sanatorium w Wesołej. W zasadzie to nie wydarzyło się nic szczególnego, co mógłbym tu opisać. Ćwiczenia, spacery, posiłki. Przeczytałem kolejny rozdział broszury „Bóg dolin”. A jednak odebrałem z niej pewne umocnienie i pocieszenie. (Być może zbyt szybko „przekreśliłem” tę pozycję.:) Po ćwiczeniach odczuwam już „zakwasy” tzn. bóle mięśniowe, które dają o sobie znać podczas spacerów po lesie – bolą mnie mięśnie nóg i pośladków.
Na czas pomiędzy obiadem a kolacją – jest to czas wolny od ćwiczeń – zaplanowałem odwiedziny u Jurka. Niestety moje ciało nie chciało ze mną współpracować i przekonało mnie, że muszę po obiedzie uciąć sobie godzinną drzemkę. ;) Godzinka zamieniła się w dwie i tak to moje ambitne plany spaliły na panewce. Zmusiłem się  jednak do krótkiego spaceru wokół sanatorium, choć był to spacer „emeryta”, bo lazłem noga za nogą, czasem z lekka zataczając się na boki. Doszedłem do najbliższej dziury w płocie i wróciłem czym prędzej do mojego pokoju.
Jednak po kolacji poczułem się bardziej rześko i już bez większych oporów ze strony ciała ruszyłem w las przed siebie. Powietrze było ciepłe i pachniało lasem. Słońce przebłyskiwało przez gałęzie sosen i dębczaków. Zachodziłem na znajome z czasów dzieciństwa polanki i odwiedzałem wyschłe już dawno stawiki. Poziom wód gruntowych znacznie się obniżył. Kiedyś całe partie lasu poprzecinane były stawidełkami i rowami z wodą. Dziś pozostały po nich tylko suche wgłębienia w ziemi. Większość kiedyś dorodnych brzóz dziś straszy suchymi konarami i takimiż gałęziami, które przy najlżejszym wietrze łamią się, a spadając na ziemię łamią się na kilka kawałków. Las wygląda na obumierający. Wszędzie pełno jest suchych gałęzi sosen – bądź to leżących na ziemi wokół drzew, bądź trzymających się jeszcze kruchych konarów, nadając drzewom wygląd drapaków, łatwo mogących porysować skórę ludzi zbierających grzyby.
I tak, przechadzając się po tym smutnym, a jednak nadal żyjącym lesie znalazłem się znowu w pobliżu leśnej działki moich rodziców. Zaszedłem więc tam cichutko, żeby nie wywoływać z domu sąsiadów i posiedziałem sobie na plastikowym krześle wśród wysokich zielonych traw i właśnie kwitnących konwalii. Potem pozbierałem trochę gałęzi brzóz, które tu i ówdzie pospadały i zalegały w głębokiej, dawno przez nikogo nie ścinanej, trawie. Potem posiedziałem jeszcze chwilę i ruszyłem w drogę powrotną.
Ta droga powrotna, choć szedłem najkrótszą drogą – ścieżką przez las – zaczęła mi się dziwnie dłużyć. Co rusz to przystawałem, żeby trochę odpocząć. Nasłuchiwałem przy tym szumów i pisków w mojej głowie. Przez moment ogarnął mnie lęk: co by było, gdybym tu w środku lasu stracił przytomność. Przecież tędy prawie nikt nie chodzi. A gdybym nawet dał radę zadzwonić, to jak bym wytłumaczył gdzie jestem? Wreszcie wymyśliłem, że zadzwoniłbym do Wali (jej numer mam w szybkim wybieraniu) i poprosił, żeby zadzwoniła do Jurka i powiedziała mu, że jestem na ścieżce w kierunku sanatorium. Tak, to by wystarczyło! Uspokojony tą myślą ruszyłem w dalszą drogę.
Zaraz też ukazał się, rozwalony w tym miejscu, płot sanatorium. Gdy znalazłem się na jego terenie zobaczyłem pana Janka siedzącego na ławce pod ścianą budynku. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę sycąc się ciepłem wieczoru i licząc uschłe brzozy na terenie, które należałoby ściąć. Naliczyliśmy osiem. Po tej refleksji nad brakiem dbałości o stan sanatoryjnego ogrodu, wstaliśmy i poczłapaliśmy na górę – do pokoju.
Zadzwoniłem do Walci. Przeczytała mi, co napisała do naszych przyjaciół w wiadomościach o moim stanie zdrowia. Swój e-mail zatytułowała „Wieści od Jaroszów – część 7 – Rehabilitacja.”  W tym liście było trochę o tym, gdzie jestem i co tu robię, ale też pewna refleksja nad tym, że tylko tak się to skończyło. Wala napisała, że to był ewidentny Boży cud. Że lekarze i rehabilitanci nie mogą uwierzyć co przeszedłem widząc mój obecny stan zdrowia. Później Wala przeczytała mi kilka listów zwrotnych od naszych przyjaciół. Miło było słyszeć, że troszczą się o nas, modlą i dziękują Bogu za to, że zatroszczył się o mnie w tych ciężkich chwilach mojego życia.
Wala jeszcze raz opowiedziała mi, jak widziała mnie w tym ciężkim stanie i jak przygotowywała się na mój koniec, który dzięki Bogu nie nastąpił.
Ta rozmowa z moją ukochaną żonką – moim największym życiowym przyjacielem – była kulminacją tego dnia. Jej słowa były dla mnie jak plaster miodu na moje rozkołatanie i zalęknione jeszcze serce. Nikt tak jak Ona nie potrafi mnie pocieszyć – dotrzeć do mojego serca, zrozumieć moje uczucia i znaleźć właściwe słowa i argumenty, by mnie uspokoić i przekonać do dobrych rzeczy. To Ona jest najwspanialszym darem jaki otrzymałem od Boga.
Teraz trochę zaczyna mnie już boleć głowa. Wezmę więc procha i idę spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.