Czwarty dzień mojego pobytu w sanatorium w Wesołej. W zasadzie to nie wydarzyło się nic szczególnego, co mógłbym tu opisać. Ćwiczenia, spacery, posiłki. Przeczytałem kolejny rozdział broszury „Bóg dolin”. A jednak odebrałem z niej pewne umocnienie i pocieszenie. (Być może zbyt szybko „przekreśliłem” tę pozycję.:) Po ćwiczeniach odczuwam już „zakwasy” tzn. bóle mięśniowe, które dają o sobie znać podczas spacerów po lesie – bolą mnie mięśnie nóg i pośladków.
I tak, przechadzając się po tym smutnym, a jednak nadal żyjącym lesie znalazłem się znowu w pobliżu leśnej działki moich rodziców. Zaszedłem więc tam cichutko, żeby nie wywoływać z domu sąsiadów i posiedziałem sobie na plastikowym krześle wśród wysokich zielonych traw i właśnie kwitnących konwalii. Potem pozbierałem trochę gałęzi brzóz, które tu i ówdzie pospadały i zalegały w głębokiej, dawno przez nikogo nie ścinanej, trawie. Potem posiedziałem jeszcze chwilę i ruszyłem w drogę powrotną.
Zaraz też ukazał się, rozwalony w tym miejscu, płot sanatorium. Gdy znalazłem się na jego terenie zobaczyłem pana Janka siedzącego na ławce pod ścianą budynku. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę sycąc się ciepłem wieczoru i licząc uschłe brzozy na terenie, które należałoby ściąć. Naliczyliśmy osiem. Po tej refleksji nad brakiem dbałości o stan sanatoryjnego ogrodu, wstaliśmy i poczłapaliśmy na górę – do pokoju.
Zadzwoniłem do Walci. Przeczytała mi, co napisała do naszych przyjaciół w wiadomościach o moim stanie zdrowia. Swój e-mail zatytułowała „Wieści od Jaroszów – część 7 – Rehabilitacja.” W tym liście było trochę o tym, gdzie jestem i co tu robię, ale też pewna refleksja nad tym, że tylko tak się to skończyło. Wala napisała, że to był ewidentny Boży cud. Że lekarze i rehabilitanci nie mogą uwierzyć co przeszedłem widząc mój obecny stan zdrowia. Później Wala przeczytała mi kilka listów zwrotnych od naszych przyjaciół. Miło było słyszeć, że troszczą się o nas, modlą i dziękują Bogu za to, że zatroszczył się o mnie w tych ciężkich chwilach mojego życia.
Wala jeszcze raz opowiedziała mi, jak widziała mnie w tym ciężkim stanie i jak przygotowywała się na mój koniec, który dzięki Bogu nie nastąpił.
Ta rozmowa z moją ukochaną żonką – moim największym życiowym przyjacielem – była kulminacją tego dnia. Jej słowa były dla mnie jak plaster miodu na moje rozkołatanie i zalęknione jeszcze serce. Nikt tak jak Ona nie potrafi mnie pocieszyć – dotrzeć do mojego serca, zrozumieć moje uczucia i znaleźć właściwe słowa i argumenty, by mnie uspokoić i przekonać do dobrych rzeczy. To Ona jest najwspanialszym darem jaki otrzymałem od Boga.
Teraz trochę zaczyna mnie już boleć głowa. Wezmę więc procha i idę spać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.