poniedziałek, 5 lipca 2010

DZIESIĘĆ DNI Z ŻYCIA PACJENTA

Mój pierwszy dzień w sanatorium - 2010-05-24. Równo miesiąc minął od mojej „przygody” z wylewem i udarem. Z tym tylko, że wtedy to była sobota 24. kwietnia, a dziś mamy poniedziałek 24. maja. Dziś wylądowałem w podwarszawskim sanatorium w Wesołej. Przywiozła mnie tu Jola swoją terenową Hondą – przyjechałem więc wygodnie i w miłym towarzystwie. Jola jest członkinią naszej parafii. A że mieszka niedaleko nas (też na południowych peryferiach Warszawy – w powiecie piaseczyńskim) toteż często korzystamy – choć częściej Wala niż ja – z jej życzliwości i podwózki.

A więc jestem w sanatorium. Zainstalowałem się w dwuosobo-wym pokoiku na poddaszu. Mam współlokatora, pana Janka – też po udarze, z tym że 6 lat temu. Ja no-szę tu  miano świeżego.                 
Rehabilitanci obchodzą się ze mną jak z jajkiem i przekazują sobie informację – uwaga, świeży udar! Albo: Ten pan jest świeży. I to właśnie z tego powodu chciałem, by moja rehabilitacja przebiegała pod okiem profesjonalistów: żebym w swoim rehabilitacyjnym zapale sam czegoś nie zepsuł – nie przeszarżował z ćwiczeniami i nie nadwyrężył organizmu.
Sanatorium samo w sobie bardzo urokliwe. Położone w iglastych la-sach piaszczystych terenów Weso-łej, z dala od ulic, zgiełku i smrodu spalin. Architektura przypomina trochę architekturę zamków czy pałacyków. Podobno zanim obiekt ten stał się ośrodkiem wczasowym MSW, a potem sanatorium szpitala MSWiA, miał służyć marszałkowi Piłsudskiemu za mieszkanie. Niestety marszałek wolał zamieszkać w niedalekim Sulejówku, więc zbudowaną tu dla niego willę rozbudowano i zamieniono w ekskluzywny dom wczasowy ważnego ministerstwa.
Muszę powiedzieć, że to sanatorium – a głównie jego widok zewnętrzny – nie było dla mnie zupełnie obce. Moi rodzice zakupili tu blisko pół wieku temu posesję – kawałek lasu ze starym przedwojennym drewnianym domem. Od moich najmłodszych dziecięcych lat spędzaliśmy tu większość miesięcy wiosennych i letnich. Jak tylko robiło się ciepło – w okolicach maja – przyjeżdżaliśmy tu całą naszą siedmioosobową rodzinką z naszego małego dwupokojowego mieszkanka na Ochocie. Pozostawaliśmy tu tak długo, jak na to pozwalała pogoda; jeżeli wrzesień też był ciepły to nawet do października. Wyganiał nas stąd dopiero chłód jesiennych nocy…
A skąd znam to sanatorium? Otóż, jako dzieci robiliśmy sobie każdego dnia piesze wycieczki – a to do sta-rego dębu, który służył nam za okręt, a to do lisich jam, czy do starego zbitego z desek krzyża, w którym osy zrobiły sobie mieszka-nie. Czasem zapuszczaliśmy się jeszcze dalej – do niemieckiego betonowego bunkra z czasów II wojny światowej (wysadzonego w ’45 roku przez oswobodzicielską armię). Tu oczywiście bawiliśmy się w wojnę…
I tak się składa, że ów bunkier usytuowany jest dwa kroki od terenu sanatorium. Do bunkra prowadziła droga dojazdowa zrobiona z grubych betonowych płyt (przez okolicznych mieszkańców nazywana betonówką). Dziś ta droga, oblana asfaltem, służy jako dojazd do bramy sanatorium, która znajduje się może pięćdziesiąt metrów wcześniej (przed bunkrem) przy samej drodze do bunkra.
Jak przez mgłę pamiętam, jak zjeżdżaliśmy ścieżką na rowerach ze wzgórza, na którym stał ten (jak to się wtedy mówiło) „dom wcza-sowy”. O samym „domu” wiedzieliś-my niewiele. Jako obiekt należący do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych owiany był tajemnicą. Cały teren otaczał wysoki na ponad dwa metry płot. Jako dzieci często gapiliśmy się przez ten płot na ciekawą architekturę budynku wewnątrz, przypominającego zamek, zastanawiając się kim są jego mieszkańcy – ludzie spacerujący po rozległym ogrodzie.
Gdyby wtedy jakaś wróżka lub czarodziej powiedzieli mi, że kiedyś, kiedy będę bardzo bardzo stary (taki właśnie jak teraz, przekroczywszy pięćdziesiątkęJ), bardzo poważnie zachoruję i po wielotygodniowym leczeniu w szpitalu trafię tu na rehabilitację, to chyba nigdy w życiu bym w to nie uwierzył. Jak to – ja będę spacerował tu po tym ogrodzie za siatką? Tak, jak ten starszy pan z laseczką? To chyba jest niemożliwe, żebym ja, mały Pawełek, kiedyś był takim starszym panem i bym mógł wejść przez główną bramę i mieszkać w tym pięknym pałacu…
Niemożliwe, a jednak stało się! Życie potrafi płatać nie takie figle! Zresztą, jeszcze miesiąc temu, gdyby ta sama wróżka (lub czarodziej!) powiedziała mi, że „za miesiąc będzie pan odbywał rehabilitację po udarze w sanatorium w Wesołej”, też bym chyba nie uwierzył…
A więc to miejsce będzie moim domem przez dwadzieścia kolejnych dni… (Nawiasem, to proponowano mi nawet 6-cio tygodniowy turnus rehabilitacyjny, ale ostatecznie zgodziłem się na 3 tygodnie. Chyba nie wytrzymałbym dłużej bez Wali, bez domu, bez pracy…)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.