niedziela, 18 lipca 2010

DZIESIĘĆ DNI Z ŻYCIA PACJENTA

Dziś poniedziałek. Tydzień (licząc od mojego przyjazdu) zatoczył równe koło. Jak mówią Anglicy: „another two to go” (pozostały jeszcze dwa). Mówi się: z nowym rokiem – nowym krokiem. Odnosząc to powiedzenie do tygodni można powiedzieć: z nowym tygodniem – nowym krokiem, choć to nie bardzo chce się rymować. Chodzi mi w każdym razie o to, że po leniwym weekendzie ochoczo zabrałem się do ćwiczeń rehabilitacyjnych. Wyjątkowo, zacząłem już o dziewiątej a o dwunastej powtórzyłem jeszcze serię ćwiczeń. Siąpiący za oknem deszcz nie zachęcał do spacerów. Później, po obiedzie wyjrzało słońce i wyszedłem „w las”  , choć muszę przyznać, że chyba nadal kiepsko z moją kondycją – bo strasznie mnie ten krótki spacer zmęczył. Wróciłem wiec do domu wziąłem prysznic, wskoczyłem w piżamkę i zasiadłem do mojego dziennika – bo mam potrzebę podzielić się lekturą pewnej książki.
Otóż, w przerwach między ćwiczeniami poczytałem książkę Pt. Smutek C.S. Lewis’a, którą Wala przywiozła mi wczoraj. Najprościej ujmując, książka traktuje o tym jak uporać się ze smutkiem po śmierci ukochanego współmałżonka/ki. Jest to dziennik Jack’a (jak go nazywali najbliżsi), w którym zgromadził on swoje myśli, uczucia i wątpliwości, które pojawiły się po stracie jego ukochanej żony. Jack nie miał nawet możliwości nacieszyć się małżeńskim szczęściem z ukochaną. Kiedy się poznali on był już dojrzałym mężczyzną – samotnym, pochłoniętym pasjami literackimi (był profesorem na uniwersytecie w Oxfordzie i już poczytnym pisarzem); ona – Amerykanka, Helen Joy Gresham, córka żydowskich emigrantów (Ukraińca i Polki), matka dwojga dzieci, u kresu trudnego małżeństwa. Po rozwodzie Joy przeniosła się do Londynu. I tu, w Anglii, Joy poznała Jack’a. Po okresie szczerej i głębokiej przyjaźni, którą podsycała wspólna pasja do literatury, ta przyjaźń przerodziła się w romantyczne uczucie. Jego miłość do niej była dojrzała, szczera i prawdziwa. Oboje byli ludźmi o wielkiej wiedzy i intelekcie. Oboje przeszli też podobną drogę do Boga, która wiodła również przez ateizm (a w przypadku Joy – i przez komunizm), później przez agnostycyzm, by wreszcie stali się teistami a ich poszukiwanie Boga odpoczęło w chrześcijaństwie.
Jedną z myśli zawartych w dzienniku Lewisa można sparafrazować tak, że w relację miłości dwojga ludzi od razu należy wkalkulować cierpienie, które jest ceną za szczęście płynące z tej relacji. I im większa jest ta miłość, tym większe będzie też cierpienie – ból rozstania. I nikt lepiej nie mógł tego wiedzieć, jak sam Jack – kiedy bowiem postanowił poślubić Joy, miała zaawansowanego raka. Tak naprawdę, to poślubił ją w szpitalu. I, tak naprawdę, tylko dzięki chwilowemu cofnięciu się choroby mogli spędzić ze sobą kilka pięknych lat. Jednak śmierć od początku złowróżbnie wisiała nad ich małżeństwem.
Najgorsze były jednak ostatnie tygodnie życia Joy; to one sprawiły, że wyczerpany fizycznie i psychicznie nieustanną opieką nad żoną – będąc bezradny wobec jej cierpienia – Jack popadł w chaos uczuciowy i intelektualny. I wtedy – bardziej dla siebie niż dla kogokolwiek innego – zaczął pisać swój dziennik, spisując w nim wszystkie swoje myśli: niezależnie od tego, czy zostaną może kiedyś ocenione jako pozytywne czy negatywne. Dopiero później, gdy się otrząsnął postanowił wydać swój dziennik w formie książki, którą zatytułował „A Grief Observed” (Dosłownie: Obserwacje na temat pewnej żałoby.) Książki tej nie da się zrozumieć (pojąć to przejmujące cierpienie w niej opisane) bez uprzedniego zapoznania się z historią tej wielkiej miłości, która miedzy nimi rozkwitła.
Tyle o treści tej książki. Miałem potrzebę, by się nią podzielić. Teraz chcę się też podzielić dwiema myślami, które pojawiły się w trakcie jej czytania. Chociaż jestem w samym środku czytania tego dzieła, to natychmiast coś do mnie dotarło. A może te cierpienia – moje: głównie fizyczne, a mojej Wali: głównie psychiczne – mają wielki sens i znaczenie dla lepszego zrozumienia tego, co nas łączy… Przecież jedną z pierwszych myśli jakie miałem po odzyskaniu przytomności była ta: Jak to dobrze, że Wala jest tu przy mnie; jak to dobrze, że mamy siebie! W swoim liście do przyjaciół napisałem o pięciu najważniejszych rzeczach, które nauczyło mnie to doświadczenie i pierwsza dotyczyła wartości rodziny, pielęgnowania relacji z najbliższymi – m.in. po to, by w sytuacjach takich jak ta nie zostać samotnym (nawet pomimo bogactwa i atrakcyjnego towarzysko i zawodowo życia).
A Wala? Z pewnością doświadczyła bólu świadomości, że nagle może mnie zabraknąć. W zasadzie to, jak mówiła, była na to przygotowana (co wcale nie znaczy że gotowa). Pamiętam też, jak do kogoś mówiła (może w audycji w radiu Chrześcijanin?) że gdy po tygodniu niepewności usłyszała mój głos brzmiący znowu głośno i naturalnie (czytaj: zdrowo), to miała łzy w oczach, bo wiedziała, że wróciłem (a przynajmniej zacząłem wracać). I dodała: zawsze lubiłam (może nawet: kochałam) ten jego głos. Później powiedziała coś podobnego na temat mojego chrapania. Ha, ha, ha!
Krótko mówiąc, zdaliśmy sobie sprawę z tego, jak jesteśmy sobie drodzy. Jak źle by nam było bez siebie. Jak należy cenić każdą chwilkę bycia razem darowaną nam przez Boga… To dobrze, że Bóg przedłużył nam jeszcze czas, kiedy możemy się sobą cieszyć…
I jest jeszcze ta druga myśl: to ta, że skoro C.S. Lewis mógł pisać o swoich zwątpieniach i jak Hiob kłócić się z Bogiem – inaczej: mógł być szczery (nie martwiąc się jak to może wpłynąć na wiarę czytelników), mógł być sobą – to i ja nie muszę grać (czytaj: udawać) filaru niezachwianej wiary – jaki to jestem gotowy na śmierć, etc. etc. Mogę i chce pisać też o moich zwątpieniach, lękach i małej (jak ziarnko gorczycy) wierze. Bo dlaczego Piotr, który chodził po wodzie miałby się wstydzić, że w pewnej chwili zwątpił i zaczął tonąć…
Zostało jeszcze pół książki – może jeszcze czegoś mnie nauczy… Zobaczymy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.