wtorek, 6 lipca 2010

DZIESIĘĆ DNI Z ŻYCIA PACJENTA

DZIEŃ DRUGI. Dziś obudziłem się z potwornym (czy z potworowym – jak mawiał nasz Michał, kiedy jeszcze był Michałkiem) bólem głowy: poprzednią noc postanowiłem przespać bez wspomagania Ketonalem (środkiem przeciwbólowym). Jednak po dwóch godzinach usiłowań zaśnięcia pojawił się znajomy ćmiący ból w okolicach oczodołów. Nie wytrzymałem i sięgnąłem po tabletkę. Nie wiem, czy pomogło czy nie. Chyba tak, bo zasnąłem. 

Rano ból był już znowu tak duży, że druga tabletka Ketonalu okazała się nieodzowna. Niestety i ona niewiele pomagała, a miałem przecież ambitne plany na ten dzień – mój pierwszy dzień ćwiczeń rehabilitacyjnych. Po kolejnych czterech godzinach walki z bólem udałem się więc po pomoc do pokoju lekarskiego. Doktor Piotrowski zaserwował mi tym razem Traumal.


Następnie zmusiłem się do zejścia do sali ćwiczeń rehabilitacyjnych. Bardzo sympatyczny pan magister rehabilitacji zaserwował mi kolejno sześć różnych serii ćwiczeń, sugerując bym natychmiast przerywał ćwiczenie, gdy tylko poczuję zmęczenie. (Jestem przecież świeży!;)


Jednak z każdą serią ćwiczeń czułem się bardziej rześki, zachęcony – czułem jak przybywa mi sił! Po trzech tygodniach w szpitalnym łóżku byłem przecież bardzo osłabiony i wychudzony. Męczył mnie lada wysiłek; do każdego kolejnego musiałem się zmuszać. A teraz czułem, że moje mięśnie znów zaczynają pracować! Gdzieś zniknął też ból głowy!


Kiedy tam ćwiczyłem, otoczony masą sprzętu rehabilitacyjnego i ćwiczących na nim pacjentów, w pewnym momencie pojawiła się smutna refleksja: „Co ja, młody, prawie zdrowy facet, robię tu pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi?” Większość z nich była około 70-tki. Większość z jednostronnym porażeniem kończyn, niektórzy z wykrzywioną połową twarzy, z laseczkami, sunący powolutku przy ścianie wzdłuż korytarza, czasem z dziwnie wygiętą do tyłu ręką.


Po tym pytaniu sam sobie udzieliłem odpowiedzi: „Ano widocznie Bóg miał taki plan (którego jeszcze dziś nie pojmuję)”  I zaraz po tym, jak przywołałem z pamięci imię Boga, przychodzi inna, tym razem radosna myśl: „Dlaczego ja jestem prawie zdrowy, skoro uległem takiemu samemu wypadkowi, jak oni wszyscy?” No tak! Przecież zdiagnozowano u mnie nie tylko udar krwotoczny (wylew podpajęczynówkowy) ale też udar niedokrwienny prawej półkuli mózgu a przy tym tylko „dyskretny niedowład lewej górnej kończyny”. Kolejni lekarze, którzy mnie badali a także rehabilitanci z niedowierzaniem kręcili głowami widząc moją nadspodziewanie dobrą kondycję.

Już tam, w szpitalu, kiedy odzyskałem przytomność po udarze, mój lekarz prowadzący, pochylając się nade mną, powiedział: Panie Jarosz, miał pan bardzo dużo szczęścia! Zwykle po tak rozległym wylewie, pacjent umiera przed przyjazdem karetki… Pani w recepcji sanatorium zawołała pielęgniarkę przełożoną, by dokonać ponownej weryfikacji, gdzie mnie położyć, bo według informacji z karty chorobowej przydzielono mnie na salę dla „poważnych stanów” a tu pacjent nie dość że chodzi, gada, to jeszcze żartuje! Przerzucono mnie więc na ostatnie piętro, gdzie dwuosobowe pokoiki umeblowaniem bardziej przypominają dom wczasowy niż szpital.

Badający mnie lekarz, wspomniany wcześniej doktor Piotrowski, wyglądem przypominający eleganckiego lekarza z austriackiego serialu „Lekarz z Alpejskiej Wioski” (lub głównego bohatera „Schwarzwald Klinik") po każdym elemencie badania z niedowierzaniem kręcił głową, mrucząc pod nosem: pięknie, doskonale, wspaniale! A lekarz logopeda, po krótkiej rozmowie ze mną, podsumował: ja tu nie widzę dla siebie żadnej roboty.

Konkluzja może być tylko jedna. Jeżeli tomograf komputerowy nie kłamał i jeżeli diagnoza była prawidłowa, to przeszedłem bardzo poważny kryzys zdrowotny, którego konsekwencją może być śmierć bądź trwały poważny uszczerbek na zdrowiu. Rzadko zdarza się by udar nie pozostawił żadnych widocznych śladów. Śmiało więc można tu mówić o cudzie w sensie widocznej i konkretnej ingerencji Bożej! I to właśnie mnie się przytrafiło.

Dlaczego mi? Czy ma to związek z moją wiarą. Z całym szacunkiem dla wiary, to nie ona czyni cuda – to Bóg i jedynie On ma moc uzdrawiać! Ale jest jeszcze coś. Modlitwa. Słowo Boże stwierdza: Choruje kto między wami? Niech przywoła starszych zboru i niech się modlą nad nim, (…). A modlitwa płynąca z wiary uzdrowi chorego i Pan go podźwignie (…) módlcie się jedni za drugich, abyście byli uzdrowieni. Wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego. Jakub 5,14-16

Kiedy zachorowałem, moja żona Wala, zawiadomiła (drogą e-mailową) wszystkich naszych chrześcijańskich przyjaciół (w kraju i poza granicami), w tym pastorów kościołów warszawskich jak i spoza Warszawy. Wiele z tych osób wyrażało swój żal z powodu sytuacji, w jakiej, jako rodzina, się znaleźliśmy i deklarowało trwanie w modlitwie o Boże uzdrowienie. Otrzymaliśmy wiele e-maili, sms-ów, telefonów. Wiele osób odwiedziło mnie i modliło się ze mną w szpitalu. (Nie wszystkie te wizyty pamiętam – jako że na początku nie miałem jeszcze pełnej świadomości.) Jak do dziś się dowiadujemy – wiele kościołów w całej Polsce modliło się podczas swoich nabożeństw o moje wyzdrowienie.

Wierzę, że Bóg odpowiedział na te wszystkie prośby. Szczere i zanoszone z wiarą!

W zeszłą niedzielę odbyło się w Warszawie wspólne nabożeństwo modlitewne, w którym uczestniczyło 13 kościołów. Po raz pierwszy od chwili zachorowania mogłem uczestniczyć w nabożeństwie niedzielnym. I to w tak licznym nabożeństwie - około półtora tysiąca osób! Stosunkowo wiele z nich, witając się ze mną, mówiło o swojej modlitwie o mnie i wyrażało radość z naszego spotkania, widząc mnie w tak dobrym stanie zdrowia. Dziękowałem im za ich modlitwy!

Mogę więc teraz być tylko wdzięczny Bogu za moje cudowne ocalenie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.