poniedziałek, 15 listopada 2010

PRZEBUDZENIE – część I

Przeglądając notatki do kazań, które wygłosiłem wiele lat temu, natknąłem się też na wykład na temat przebudzenia.
Dziś często używamy tego terminu, szczególnie w kontekście naszych modlitw, w których wyrażamy pragnienie wielkiego, spektakularego Bożego działania. Pragniemy masowych nawroceń, wzrostu kościoła Jezusa Chrystusa i widocznych gołym okiem przemian społecznych, jako rezultat Boskiego działania. 
W historii Kościoła miało miejsce kilka takich duchowych "przebudzeń".
Na mnie osobiscie niesamowite wrażenie wywarło studiowanie sylwetki Jonathana Edwardsa i przebudzenia, jakie Bóg sprawił przez jego służbę.
Oto garść informacji zaczerpnietych z tych notatek.

Przebudzenie to niespotykane (niecodzienne), ożywcze działanie Boga. Głównym przejawem tego działania jest szczególne wylanie Ducha Bożego.
Jako takie, przebudzenie jest jak najbardziej terminem biblijnym. Może nie występuje tu dokładnie to słowo na określenie tego fenomenu, ale w Słowie Bożym znajdujemy opisy takiego właśnie upragnionego Bożego działania.
Czytamy o nim zarówno w Starym Testamencie, gdzie ukazane jest takie szczególne wylanie Bożego Ducha w odpowiedzi na ukorzenie się Izraelitów – jak i w Nowym Testamencie, gdzie widzimy Jana chrzczącego w Jordanie, tłumy podążające za Jezusem i słuchające Jego nauczania. Znaki i cuda towarzyszące zarówno głoszeniu Królestwa Bożego przez samego Jezusa, jak też zwiastowaniu Ewangelii przez uczniów,
Z całą pewnością największe wylanie Ducha Bożego opisane jest na początku Księgi Dziejów Apostolskich. Choć pamiętajmy, że nie jedyne. Duch bywał wylewany wcześniej (na proroków, starszych Izraela i królów) jak i potem (opisane w Dz. Ap. r.4, 8, 14). To upragnione Boże działanie świetnie opisują słowa modlitwy Izajasza (64:1-4).
***
Ojcem teologii przebudzenia jest niewątpliwie Jonathan Edwards – wielki kaznodzieja przebudzeniowy z XVIII wieku. Wcześniej przed Edwardsem używano określeń takich jak: awakning – obudzenie, ocknięcie się (bliższe naszemu polskiemu określeniu “przebudzenie”), spring-tide – wiosenny przypływ, outpuring of the H.S. – wylanie Ducha Świętego.
Już jako kilkunastoletni chłopiec był świadkiem przebudzenia w kościele swojego ojca – duszpasterza drugiego pokolenia kolonialistów amerykańskich, którzy uciekli z Anglii z powodu prześladowań religijnych. W każdy poniedziałek ojciec przyjmował u siebie tych spośród zeświecczałych już wówczas kolonistów, którzy pragnęli szczerze pokutować ze swoich grzechów. Na małym Jonathanie robiło to wielkie wrażenie. Jednak potrzebował kilku lat zanim oddał swoje życie całkowicie pod władanie Jezusa. Decyzję tę podjął, gdy skończył 17 lat. Często czyjeś nawrócenie jest Bożym przygotowaniem dla późniejszego przebudzenia.

Wreszcie, będąc młodym, 31 letnim pastorem w mieście Northampton w New England, w USA, Jonathan Edwards doczekał się przebudzenia w swoim własnym zborze. Był to bardzo ciemny czas. Młodzi ludzie żyli w niemoralności i w bezprawiu. Jednak Bóg zaczął dotykać się tych nie dbających o nic grzeszników.
To właśnie na jego kazania słuchacze reagowali wyznawaniem grzechów i szczerą pokutą. Na prowadzonych przez niego nabożeństwach przebudzeniowych nawróciło się łącznie kilkaset osób.
Edwards ocenia, że około trzysta żyć zostało prawdziwie zmienionych przez Boże działanie w tym czasie. Edwards był znany z tego, że bardzo ostrożnie podchodził do kwestii prawdziwych i powierzchownych nawróceń. Wierzył, że diabeł w swoim sprycie chętnie kopiuje pracę Bożą, po to, żeby ją później sabotować.

Edwards opisał przebudzenie w swojej książce pt. „Narracja Zaskakujących Nawróceń”, która to pozycja, obok kilku innych jest w rzeczywistości jego obroną przedoskarżeniami o rzekomej nieautentyczności tamtego przebudzenia. Książka ta opisuje, jak całe miasto zostało odmienione potężnym działaniem Ducha Świętego. Grzesznicy zostali tym działaniem kompletnie skruszeni i w wielkiej liczbie przychodzili do Chrystusa. Nie było takiego domu, który by nie został dotknięty przez Pana. Płacz był częstym zjawiskiem słyszanym w tym czasie w mieście – a to na znak skruchy, lub jako przejaw radości. Ludzie porzucali grzeszne praktyki i nawyki. Edwards pisał, że miasto to stało się Miastem Boga.
Niedziela stała się znowu dniem, na który wszyscy oczekiwali, by móc odczuwać w szczególny sposób obecność Pana. Każdy wchodził na nabożeństwo przepełniony chwałą dla Boga. Ludzie rozmawiali o Bogu na ulicach i w mieszkaniach. Zarówno starsi, jak i całkiem młodzi byli zaprzątnięci duchowymi sprawami.
Oczywiście błogosławieństwo to rozchodziło się poza miasto, na inne skupiska ludzkie, miasta i wioski. Tam też widziano zatwardziałych grzeszników w szczerej pokucie.
A był to tylko przedsmak tego, co miało wkrótce nadejść...

czwartek, 21 października 2010

Kaszuby - wyjazd - zakończenie

Jak przejść zwycięsko przez ciemną dolinę?

"Choćbym nawet szedł ciemną doliną zła się nie ulęknę - boś Ty ze mną..." Psalm 23,4



7. DOLINA ZWYCIĘSTWA (I Król. 20)


Jest jeszcze jedna historia wydarzenia, które rozegrało się w dolinie. Jest ona opisana w I Ks. Królewskiej, w rozdz. 20. Było to w czasach, kiedy naród izraelski był podzielony na dwa królestwa. Samaria, królestwo północne, rządzone było przez bezbożnego króla Achaba. Pewnego dnia Aramejczycy wyruszyli na wojnę przeciwko Samarii. Jednak zostali pobici przez Izraelitów w górach Samarii. Za rok wyruszyli po raz drugi przeciwko Izraelitom. Ty razem postanowili rozprawić się z wojskami Achaba w dolinie. Mówili bowiem: Ich Bóg jest Bogiem gór, nie jest jednak Bogiem dolin. Jednak i tu ponieśli klęskę. Bóg pokazał im, że jest Bogiem zarówno gór jak i dolin.

Największym błogosławieństwem dla mnie podczas mojej choroby byla świadomość tego, że Bóg jest przy mnie - że mnie nie opuścił. Że mnie kocha, troszczy się o mnie i nic się nie stanie bez Jego woli. Mogłem ufnie powierzyć swoje życie w Jego mocne Boże ręce. To wspaniała świadomość - wiedzieć, że się jest w Bożych rekach!

Drogi czytelniku, bez względu na to gdzie się znajdujesz, czy na szczycie góry czy w dolinie – Bóg jest blisko ciebie. Czy jesteś zdrowy, czy chory – Bóg cię nie opuści. On powiedział: „Nie porzucę cię, ani nie opuszczę” Hebr. 13,5.

Nasz Bóg jest Bogiem również i dolin!







Kaszuby - dzień 6. - temat 6.

Jak przejść zwycięsko przez ciemną dolinę?

"Choćbym nawet szedł ciemną doliną zła się nie ulęknę - boś Ty ze mną..." Psalm 23,4



6. DOLINA DECYZJI (Joel 3, 14)


Dolina Jehoszafat – tutaj opisana – oznacza dosłownie „Bóg sądzi”. We fragmencie tym, Bóg ustami proroka Joela (Joel 3,14) wzywa pogan, by zebrali się w dolinie Jehoszafat, by poddać się Bożemu sądowi. Tym samym daje im ostatnią szansę na upamiętanie. Jest to więc dla nich dolina decyzji. Jedni postanowią poddać swoje życie pod Boże panowanie, inni zatwardzą swoje serca po raz ostatni. I wtedy przyjdzie sąd Boży.

Większość ludzi myśli, że ma jeszcze dużo czasu by pojednać się z Bogiem; jednak nie mamy gwarancji, że Pan nie odwoła nas nagle. (Tak było w moim przypadku. Nagle straciłem przytomność i moglem się juz nie obudzić... a nawet, gdy odzyskalem przytomność - przez tydzień mój muzg walczył o życie. Nie byłem w stanie na dłużej skupić się na jakiejś myśli. Moje westchnienia do Boga mogły tylko potwierdzić moje wcześniejsze - z przed udaru - decyzje.)

Bóg nie obiecuje nam, ile jeszcze tchnienia ma dla nas. Dlatego każde Boże zaproszenie do doliny decyzji potrzebujemy potraktować jako szansę. Słowo Boże mówi: Oto dziś jest dzień zbawienia!

Może jesteś już zbawiony, ale znowu znalazłeś się w dolinie decyzji. Podejmujesz decyzję, czy pójść dalej przez życie z Bogiem. Może masz krytyczny problem zdrowotny, albo ogromny dług. Może przeżywasz problemy rodzinne, albo przechodzisz przez okres suszy, gdzie nie słyszysz Bożego głosu i nie odczuwasz Jego obecności.

Bez względu jak wysokie są góry wokół twojej doliny, to Boża moc przewyższa je wszystkie. W swojej dolinie masz możliwość wypróbować Bożą wierność. Podejmij dziś decyzję; postanów dziś pójść za Nim, gdziekolwiek cię poprowadzi.

Pozwól Duchowi Świętemu, żeby cię pocieszał w miejscach suszy i oczekuj, że Pan jest w stanie cię podnieść, byś wzbił się ze swej doliny ponad góry ją otaczające…

A z góry twoja dolina nie wygląda już tak strasznie!

Kaszuby - dzień 5, - temat 5.

Jak przejść zwycięsko przez ciemną dolinę?

"Choćbym nawet szedł ciemną doliną zła się nie ulęknę - boś Ty ze mną..." Psalm 23,4



5. DOLINA SZCZEROŚCI – Jeremiasz 2:23


Jest jeszcze inna ważna dolina (ważna dla naszego rozważania) która jest opisana w ks. Jeremiasza 2: 23. Możemy ją nazwać Doliną Szczerości. Nie ma ona swojej nazwy, a przynajmniej nie jest tu, w ks. Jeremiasza, przytoczona.

Tłem tego wersetu jest kolejny w dziejach Izraela fakt niewierności Bogu. Bóg zwraca się tu przez usta proroka: Jak możesz twierdzić „Za Baalami nie chodziłam!” Spójrz na swoje postępowanie w dolinie, zważ co tam czyniłaś… Jest to więc miejsce całkowitej szczerości przed Bogiem. Dolina upamiętania i pokuty.

Oczywiście pokuty w znaczeniu biblijnym – tj. w znaczeniu zmiany sposobu myślenia, czy patrzenia na pewne sprawy, widzenia pewnych rzeczy. Tzn. jeśli do tej pory mówiłem sobie „nie jest tak źle, owszem zdarzają się upadki, ale komu się nie zdarzają – jestem tylko człowiekiem, no nie?” to teraz przepraszam za to Boga i proszę Go o siłę do zerwania z tym, co od dziś uznaję za nie mogące mieć miejsca w moim życiu!

Kiedy jesteś w dolinie – dolinie cienia śmierci – zaczynasz się zastanawiać nad swoim życiem: jakie ono było do tej pory. Zaczynasz zadawać sobie szczere pytania: czy na pewno żyłem właściwie, po bożemu? To jest to spojrzenie w dolinę, spojrzenie wstecz. Problemy w małżeństwie powodują, że pytamy się, czy na pewno byłem do tej pory dobrym mężem, kłopoty z dziećmi skłaniają nas do ponownej oceny swojej roli jako ojca/matki, czy nie byłem „cienkim” ojcem.

O tym właśnie mówił prorok Jeremiasz: chciał sprawić, by Izraelici, zaślepieni własną nieszczerością, otworzyli swoje oczy i zobaczyli siebie takimi jakimi są naprawdę; by nie oszukiwali się, że „wiernie służyli Bogu”.

Tysiące myśli przeleciało mi przez głowę podczas mojego pobytu w szpitalu a później w sanatorium: „Czy na pewno wiernie służyłem Bogu? Co należy zmienić a co poprawić w mojej służbie – tak by była ona szczera i święta przed Bogiem?”

Kiedy więc znajdziemy się w dolinie, nie powinniśmy popadać w rozpacz, ale wykorzystać ten czas by spokojnie rozsądzić siebie i poszukać w Słowie Bożym nauki. Ale zróbmy to szczerze i sumiennie – poświęcając jakościowy czas na spojrzenie wstecz, w dolinę…

Kaszuby - dzień 4. - temat 4.

Jak przejść zwycięsko przez ciemną dolinę?

"Choćbym nawet szedł ciemna doliną zła się nie ulęknę - boś Ty ze mną..." Psalm 23,4



4. DOLINA KOPANIA - albo: dolina medytacji  (Genezis 26,19)


Jest opisana w biblii jeszcze jedna dolina, która pokazuje nam, jak zacząć wykorzystywać ciemne doliny w naszym życiu tak, by stały się one bramami nadziei… Jak zacząć wykorzystywać to, co wydawało nam się złe, niepotrzebne i było niechciane, tak by obróciło się to w dobro.

Ta kolejna dolina nazywa się doliną Gerar. Jest to miejsce, gdzie Izaak musiał odkopać studnie, które niegdyś wykopał jego ojciec Abraham, a które zasypali Filistyńczycy. Tę dolinę możemy nazwać doliną kopania. Ciekawostką jest, że odkopując te studnie, słudzy Izaaka natrafili na całkiem nowe źródło! Historia ta zapisana jest w Genezis 26,19.

Nazwa doliny Gerar pochodzi od hebrajskiego słowa Garar, które oznacza przeżuwanie lub medytowanie. A więc dolinę Gerar można nazwać dolina kopania lub dolina medytowania. Medytacja? A z czym to się je? Jasne jest, ze nie chodzi tu medytację w znczeniu religii wschodu. Nie jest to też medytacja transcendentalna. Nie chodzi tu o w ogóle otwarcie się na jakiś świat duchowy, ale o medytowanie nad Słowem Bożym.

Innymi słowy: jeżeli przechodzisz przez dolinę w swoim życiu (inaczej: przez jakiś zakręt życiowy) to potrzebujesz się zatrzymać i trochę pokopać: w Słowie Bożym w literaturze chrześcijańskiej, w rozmowie z ludźmi chodzącymi z Bogiem.

I kiedy mówię o pokopaniu, nie koniecznie mam na myśli dogłębne studia nad Biblią. To może być jeden werset, cytat, myśl męża Bożego. Leżąc złożony chorobą możesz nie być w stanie zbyt długo czytać a nawet zbyt długo myśleć.

Tu przytoczę znowu doświadczenie płynące mojej ciemnej doliny. Nieustanny ból głowy nie tylko nie pozwalał mi na czytanie, ale nawet na zbytnie skupienie myśli. Dlatego moim Słowem Bożym była mała książeczka z cytatami, którą ktoś mi przyniósł, zakładka z wersetem, czy e-maile od was, które codziennie czytała mi Wala.

Później, kiedy poczułem się lepiej, zacząłem czytać też i dłuższe fragmenty Słowa oraz inne książki chrześcijańskie, prosząc Boga by do mnie mówił. To właśnie jest medytacja. Będąc już w sanatorium chodziłem po lesie i myślałem o tym, co przeczytałem. Czasem w rozmowie ktoś podsunął mi jakąś księgę Biblii. Wtedy brałem Biblię, otwierałem na tej księdze i czytałem.

Bracie, siostro! Bóg nie będzie do Ciebie mówił, jeśli nie będziesz Go szukać! Jeśli nie zadasz sobie trudu odkopania starych studni (które wykopali nasi ojcowie), nigdy nie natrafisz na nowe źródło, które Bóg przygotował specjalnie dla ciebie…

W Słowie Bożym znajdziesz nowe źródła odświeżenia i zachęty! Naprawdę warto w nim pokopać...

Kaszuby - dzień 3. - temat 3.

Jak przejść zwycięsko przez ciemną dolinę?

„Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę - boś Ty ze mną!” Psalm 23,4



3. DOLINA CIERPIENIA - ale też błogosławieństwa i nadziei! (Jozue 7:24-26)


W księdze Jozuego pojawia się inna dolina, nazwana doliną Achor, czyli dolina cierpienia. A to na pamiątkę pewnego smutnego wydarzenia. W tej dolinie Izraelici zostali zobligowani przez Boga do ukamienowania Izraelity imieniem Achan wraz z cała jego rodziną. Achan dopuścił się przywłaszczenia rzeczy, które Bóg obłożył klątwą. Rzeczy te pochodziły ze zdobytego przez Izraelitów miasta Jerycha.

A więc tu słowo dolina przywołuje na myśl cierpienie, jakie stało się udziałem nie tylko rodziny Achana ale też całego Izraela, który musiał tę srogą karę sam wymierzyć. Dolina Achor oznacza dolinę cierpienia, smutku, żałoby.

Doliny w naszym życiu też często oznaczają smutek towarzyszący czyjemuś cierpieniu. C.S. Lewis napisał książkę, która w rzeczywistości jest jego dziennikiem pisanym tuż po śmierci jego ukochanej żony. W tym dzienniku opisał niewyobrażalne cierpienie, jakie było jej udziałem a i jego, biernego obserwatora jej agonii (zmarła na raka). I kiedy jej śmierć zakończyła jej cierpienie – jego tak naprawdę dopiero się zaczęło… (Na podstawie tej książki powstał film Pt. „Cienista Dolina”.)

Ale nawet jeśli tą doliną jest tylko niezaliczenie sprawdzianu, czy oblanie egzaminu, to oznacza ona smutek, rozczarowanie i czasem łzy osoby zawiedzionej oceną swojej pracy. To też jest cierpienie.

***

Jednak Słowo Boże obiecuje, że zawsze po nocy wstaje dzień a po burzy znów zaświeci słońce...
Dolina Achor jest wymieniana w Biblii jeszcze kilkakrotnie ale w jakże innym kontekście! W Księdze Izajasza 65,10 czytamy: Nizina Sarońska stanie się pastwiskiem dla owiec, a dolina Achor legowiskiem dla bydła mojego ludu, który mnie szukał.

Ta sama dolina - ale jakże inny obraz! Miejsce cierpienia staje się miejscem Bożego błogosławieństwa. Miejsce Bożego sądu staje się miejscem Bożego wyposażenia. Taki jest nasz Bóg, który nie gniewa się długo, ale jego gniew rychło zamienia się w miłosierdzie.

Często jest tak też w naszym życiu. Kiedy ogarniają nas przysłowiowe czarne chmury, to wszystko widzimy już tylko w czarnych barwach. Nie potrafimy dojrzeć światła, często również przysłowiowego światełka w tunelu. Nie jesteśmy w stanie dojrzeć jakichkolwiek pozytywów sytuacji, w której się znaleźliśmy. Ale one są! Wystarczy tylko otworzyć umysł i serce, a dolina cierpienia zamieni się w dolinę Bożego wyposażenia, dolinę nadziei...

O tej nadziei mówi również prorok Ozeasz wspominając dolinę Achor. W Księdze Ozeasza 2, 15 czytamy: „I dam jej tam winnice, a z doliny Achor uczynię bramę nadziei…” Pomijając kontekst historyczny tego proroctwa (który też jest ciekawy, bo obietnicę tę Bóg daje Izraelitom w samym środku ich odstępstwa od Niego!) to znowu widzimy jak inną rolę może pełnić dolina, która pierwotnie mówiła o śmierci i cierpieniu.

Nawet jeśli pozostała nazwa (Achor – cierpienie) to zmieniła się funkcja a przeto i wymowa tego miejsca. Uwaga: dolina Achor staje się… bramą nadziei! To przejście ze stanu beznadziejności w stan nadziei; ze stanu klęski w stan obfitości, ze stanu odstępstwa w stan bliskiej społeczności z Bogiem.

I taką też funkcję pełnią doliny w naszym życiu. Jak powiedziałem na początku. Człowiek będący na szczycie rzadko poświęca czas, by się zatrzymać, pomyśleć, wniknąć w siebie, w swoje serce, zbadać je i zobaczyć jaką idzie drogą…

Miejsce doliny w naszym życiu jest miejscem błogosławionym, gdyż tu mamy szansę poznać siebie, zwrócić się do Boga by wyposażył nas w to, czego nam brakuje…

Kaszuby - dzien 2. - temat 2.

Jak przejść zwycięsko przez ciemną dolinę?

„Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę - boś Ty ze mną!” Psalm 23,4



2. DOLINA SUCHYCH KOŚCI (Ezechiel 37)


W Księdze Ezechiela prorok maluje przed naszymi oczyma obraz innej doliny. Jest to dolina suchych kości. Pamiętamy, że w 37 rozdziale tej księgi, Bóg przenosi Ezechiela do doliny pełnej kości. Dolina ta wygląda jak jedno wielkie cmentarzysko.

Ciekawe: Bóg zadaje pytanie prorokowi (parafrazując): jak myślisz Ezechielu, czy te kości mogą jeszcze ożyć? Ezechiel odbija piłeczkę w stronę Boga (zresztą bardzo słusznie) i mówi: Ty to wiesz, Panie!

Bóg nakazuje Ezechielowi prorokować nad tymi kościami i wtedy zaczynają one pokrywać się ścięgnami, mięśniami i skórą. Ale nadal nie było w nich ducha – ruach – owego ożywczego tchnienia! Jednak znowu na prorocze słowo Ezechiela ciała ożywają otrzymując od Boga ożywcze tchnienie.

Jest to proroctwo dotyczące Izraela, który znajdował się w jakimś dziwnym letargu, jakby we śnie. Jakby mieszkał w grobowcach. Niby żyli, ale nie było w nich życia! (Jak pobielone grobowce – na zewnątrz odnowione, ale wewnątrz była śmierć…

I tym proroctwem Bóg dał im obietnicę odnowienia ich życia, wlania w nich ducha i sprawienia, że od tej pory zaczną żyć dla Niego. Widzimy więc, że dolinę wyschłych kości można by z powodzeniem nazwać również doliną ożywienia, duchowego odnowienia.

Jakże często my, biegnąc przez życie, z ledwością zatrzymujemy się na moment, by wpaść do kościoła w piątek, czy w niedzielę i podładować trochę nasze duchowe akumulatory. Nie patrzymy w siebie, w głąb swojego serca – miast tego patrzymy w horyzont: próbujemy odgadnąć, co nas czeka za kolejnym zakrętem życia, czy awansuję, czy stracę pracę, czy szef mnie pochwali, czy zbeszta, czy stać mnie będzie na zamorski urlop, czy tylko na urlop nad Morskim Okiem? To wszystko tak zaprząta nasze myśli, że nie ma już tam miejsca na myśli o Bogu, o Jego planach, o tym, jaka jest Jego droga – Jego zamiary względem nas.

I nawet jeśli wydaje nam się, że żyjemy – i to dobrze żyjemy (nieźle nam się wiedzie) – to w Bożych oczach wyglądamy tak jak ta dolina wyschłych kości – nie ma w nas życia (Bożego życia). Myślimy, że mamy piękne domy (czy mieszkania) a Bóg mówi: mieszkacie w grobowcach. Dość smutny obrazek, prawda?

Ale jest też i dobra wiadomość. Bóg chce nas przywrócić do życia, chce nie tylko odnowić nasze ciała, ale też tchnąć w nas swego Ducha. I chce wyprowadzić nas z naszych grobowców… Zresztą, z oczywistych powodów, Bogu bardziej zależy na uzdrowieniu naszego ducha, niż naszego ciała…

Widzisz, czasem przejście przez dolinę może okazać się dla ciebie zbawienne. Dla mnie ta historia nabrała nowego znaczenia podczas mojej niedawnej choroby:

Po trzech tygodniach w szpitalu, kiedy wreszcie stanąłem na chwiejnych jeszcze nogach, widząc podwójnie, o 8 kg lżejszy – skierowano mnie do sanatorium na rehabilitację. Tam z dnia na dzień nabierałem sił – moje kości znowu zaczęły pokrywać się ścięgnami i mięśniami. Bóg dokonał ze mną cudu – przywrócił mi zdrowie fizyczne i psychiczne.

Tam w sanatorium, podczas rehabilitacji, widziałem ludzi, którzy w jednej sekundzie stali się niedołężnymi starcami. Jedni, z niedowładem nogi nie potrafili zrobić kroku bez balkonika; inni, z niedowładem ręki uczyli się przesuwać koraliki po wygiętym drucie. Słyszałem jak kobieta w moim wieku, zawodowa tancerka o świetnych warunkach fizycznych, na nowo uczyła się mówić…

Bóg oszczędził mi tych doświadczeń (chwała Mu za to), ale co z ożywczym tchnieniem?

Muszę się przyznać, że niechętnie jechałem do tego sanatorium. Chciałem już pomału wracać do służby, do duszpasterskiej aktywności, do rutyny cotygodniowych spotkań i nabożeństw. Chciałem wesprzeć pastora Arka w jego licznych obowiązkach. Ale po co Bóg dał nam żony – tę odpowiednią pomoc (ezer kenegdo). Moja dała mi dobrą radę; powiedziała: jedź wzmocnij się i wróć w pełni sił, pokrzepiony i odnowiony na ciele i duchu.

I tak pojechałem. Będąc już na miejscu ćwiczyłem, chodziłem na długie spacery–marsze; ale też czytałem, myślałem i pisałem. To kazanie powstało na piaty dzień mojego pobytu w sanatorium. Wierzę, że Bóg nie tylko sprawił fizyczne odnowienie mojego ciała, ale też tchnął tam we mnie swego Ducha, tak aby moja dalsza służba miała nową jakość.

Dolina suchych (czy wyschłych) kości to, pomimo jej początkowo ponurego obrazu, dolina nadziei i optymizmu – tu bowiem dokonuje się ożywienie tego, co było już martwe, odnowienie tego, co wymagało odświeżenia. To dolina Bożego wyposażenia, i to nie byle jakiego wyposażenia, bo Bóg daje swoje ożywcze tchnienie, które pozwala ożyć, żyć i chwalić Go!

Czasem dobrze jest znaleźć się w dolinie...

Kaszuby - dzień 1. - temat 1.

Jak przejść zwycięsko przez ciemną dolinę?

„Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę - boś Ty ze mną!” Psalm 23



1. DOLINA CIENIA ŚMIERCI. (Psalm 23)


Pomyślmy przez chwilę, co autor Psalmu 23 ma na myśli, kiedy pisze „Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę…”? Dlaczego jest to ciemna dolina i jakiego zła można się tam ulęknąć?

Otóż dolina z naturalnych powodów jest ciemniejsza niż pole, łąka, czy szczyt: dociera tu mniej światła, większość tego światła zabierają gałęzie porastających je drzew. To tam w dolinach, w wąwozach czaili się rabusie. To tam armie armiom szykowały zasadzki. Bardzo łatwo jest też ukryć się wszelkiemu złu tam, gdzie jest ciemno, mroczno; gdzie można się ukryć za skałą czy drzewem.

Stąd też doliny są obrazem tych momentów w naszym życiu, których się obawiamy, w których czyha na nas niebezpieczeństwo, w których dosięga nas jakieś zło. To może być choroba, utrata pracy, rozwód, niewłaściwe wybory naszych dzieci. Te wszystkie stany określa się jako traumatyczne, prowadzące do stresu a nawet depresji…
 
Dolina cienia śmierci. Niektóre tłumaczenia tak właśnie nazywają tu tę dolinę. Czy otarliście kiedyś o śmierć? Nie pytam się, czy byliście świadkami czyjeś śmierci, albo czy towarzyszyliście bliskiej osobie w jej ostatnich chwilach na tym świecie. Pytam się, czy kiedyś – jak się to mówi – śmierć zajrzała wam w oczy…

Ktoś powiedział, że w zasadzie to przez całe nasze życie chodzimy w cieniu śmierci. Tak, ale są takie momenty w życiu człowieka, kiedy dosłownie ociera się on o śmierć. Są to sytuacje ciężkiej, śmiertelnej choroby, wypadku samochodowego, czy na przykład gdy sopel spada z dachu tuż obok twojej głowy.

Jakie myśli i uczucia towarzyszą nam w takich chwilach? (Czasem świadomość tego, jak blisko byliśmy śmierci przychodzi później, po kilku dniach, lub tygodniach.)

Tak było też w moim przypadku. Kiedy po wylewie krwi do mózgu znalazłem się w szpitalu, nie byłem w pełni świadomy, a przynajmniej nic z tego feralnego dnia nie pamiętam… Jakby ktoś wyrwał tę kartkę z mojego kalendarza – jakby tego dnia w ogóle nie było… A jednak… on był, karetką wożono mnie z jednego szpitala do drugiego, lekarze robili mi badania (m.in. tomografię komputerową) a moi najbliżsi z drżeniem patrzyli na mnie, kiedy życie zdawało się ze mnie uchodzić.

Dopiero na drugi dzień po wylewie, kiedy się ocknąłem i zobaczyłem, że jestem w szpitalu, zrozumiałem, że z moim zdrowiem musi być coś nie tak. Lekarz natychmiast uświadomił mi, jak bardzo jest z nim „nie tak”. Powiedział: Panie Jarosz, miał pan wielkie szczęście. Zwykle, pacjenci z tak rozległym wylewem nie doczekują przyjazdu karetki…

Wtedy zrozumiałem, że dosłownie otarłem się o śmierć…

Pamiętam, co wtedy pomyślałem. Przede wszystkim pomyślałem niewiele. Mój mózg był wciąż jeszcze zalany krwią, obrzęknięty i obolały. Ale pamiętam, że pomyślałem sobie trzy rzeczy – trzy krótkie myśli przebiegły przez moją głowę:

1. Jestem w szpitalu – to dobrze: jestem pod dobrą opieką.

2. Moi najbliżsi (moja żona Wala, mój syn Michał) są ze mną – to wspaniale(!): nie ma cudowniejszej rzeczy jak obecność ukochanych osób. (I vice versa: nie ma okropniejszej rzeczy niż samotność…)

3. Jestem dzieckiem Bożym, jeśli umrę, to pójdę do nieba. A więc tak czy owak jestem bezpieczny.

Pamiętam, że pomodliłem się wtedy krótką modlitwą (tylko taką mogłem z siebie wtedy wykrzesać): Boże, niech się dzieje Twoja wola. I to wszystko.

Później znowu zapadłem w letarg, w którym trwałem przez następny tydzień.

W doświadczeniu zejścia do ciemnej doliny najwazniejszym dla chrzescijanina odkryciem jest to, ze Bog jest tam z nim! A także doświadczenie Jego bliskości, miłości, Jego przebaczenia i akceptacji. Pewien baptystyczny kaznodzieja, pastor konstanty Wiazowski w niedawnej rozmowie ze mną powiedział: "To, co odrożnia ewangelicznego chrzescijanina od chrześciajan nominalnych (tylko z nazwy) jest nie tylko to jak żyjemy, ale też to jak umieramy..." Głęboko wierzący czlowiek nie boi się ciemnej doliny, nie boi się spotkania z Bogiem, nie lęka się tego co jest przed nim, nawet śmierci...

„Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę - boś Ty ze mną!”

Kaszuby - przyjazd - wstęp

Jak przejść zwycięsko przez ciemną dolinę?

„Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę - boś Ty ze mną!” Psalm 23



Wstęp: Czym są szczyty i doliny w naszym życiu?

Każdy z nas przeżywa w swoim życiu wzloty i upadki – raz jest na szczycie aby zaraz potem znów znaleźć się na samym dole, w ciemnej dolinie… Wszyscy wolimy te pierwsze momenty, nikt nie martwi się o to jak poradzi sobie z sukcesem. Jednak przechodzenie przez te trudniejsze momenty w naszym życiu, to już inna sprawa…


Ba! Wielu chrześcijan jest nie tylko zaskoczona, ale wręcz zszokowana, kiedy przychodzą na nich doświadczenia i próby… Zaczynają nawet myśleć, że musieli zrobić coś złego, skoro Bóg ich „doświadcza”.


To jasne, że w naszym życiu będziemy napotykać wiele trudnych sytuacji – wszak żyjemy na świecie i to co dotyka innych ludzi dotyka też nas! Ale Jezus powiedział, że nasze serca nie mają się trwożyć, ale wierzyć w Niego. Mamy więc ufać Mu nie tylko, gdy jesteśmy na szczycie, ale też gdy przechodzimy przez ciemne doliny!


Niedawno sam przechodziłem taką doliną w swoim życiu. Mam więc kilka spostrzeżeń, którymi chciałbym się z Wami podzielić. Oczywiście włączając w te rozważania Słowo Boże. Zanim jednak do nich przejdę kilka spostrzeżeń natury ogólnej na temat szczytów i dolin:


Szczyty to miejsca naszych triumfów, zwycięstw – zwykle to je kojarzymy z Bożym błogosławieństwem – Bóg przecież wybierał szczyty wzgórz, by tam objawiać się swojemu ludowi.


Niestety szczyty mają to do siebie, że człowiek syci się swoimi zwycięstwami, powodzeniem – oddycha pełną piersią patrząc z zadowoleniem ze szczytu w dół, rozkoszując się widokami, jakie się przed nim roztaczają. Niechętnie podnoszą głowę w górę (ku niebu). Nie lubią pamiętać, że kiedyś byli zależni od decyzji (czasem kaprysów) innych. Teraz wreszcie to oni mogą na innych patrzeć z góry. Oni odnieśli sukces – są na szczycie! Niestety, bycie na szczycie nie skłania do wejrzenia w siebie, w głąb swojej duszy – przyjrzenia się sobie i zobaczenia, co tam jest a czego może brakuje…
.

Takiemu wejrzeniu w głąb swojej duszy sprzyja znalezienie się w ciemnej dolinie. Często taką doliną jest choroba i konieczność spędzenia w szpitalu kilku dni lub tygodni… Łóżko szpitalne często (choć nie zawsze!) jest dobrym miejscem do zastanowienia się nad swoim życiem…

A więc są też pewne korzyści z faktu znalezienia się w ciemnej dolinie życia.


W Biblii mamy kilka obrazów dolin. Niektóre zwiastują niebezpieczeństwo i niechybne popadnięcie w tarapaty. Jednak inne miejsca mówią nam również o korzyściach wynikających ze znalezienia się w takich sytuacjach – symbolizowanych przez dolinę.


Poczynając od jutra, przyjrzymy się kolejno miejscom, w których Biblia wspomina o dolinach i zobaczymy, czego te miejsca uczą nas na temat przebywania w dolinie.


poniedziałek, 11 października 2010

POWRÓT DO BLOGOWANIA

PROLOG
Kilka dni temu zadzwonił mój przyjaciel, z którym mam raczej sporadyczny kontakt. Oboje z żoną są jednak wiernymi czytelnikami mojego bloga (za co im serdecznie dziękuję, bo w ten sposób wyraża się ich przyjaźń i troska o moją skromną osobę...). Ponieważ nie mogłem podjąć tej rozmowy, zapytałem się go wczoraj na Facebooku, czy jest jakiś temat. Okazało się, że są zaniepokojeni moim milczeniem (na blogu). Biorąc pod uwagę mój niedawny udar, zaniepokojenie jest zrozumiałe. Odpowiedzialem, że u mnie wszystko OK i obiecałem poprawdę (w kwestii bloga).
I tak oto tu jestem!
A więc witajcie!
Od wakacji minął już ponad miesiąc a od naszych zborowych Wczasów Rodzinnych, które mieliśmy z Walą przyjemność prowadzić, to już ponad dwa! Jednakże chciałbym w moim blogu wrócić jeszcze do tamtego czasu. To zresztą było moim zamiarem, by po wakacjach podzielić się na jego łamach tym, czego mogliśmy się uczyć podczas tamtego wyjazdu. Niestety, mój laptop odmówił posłuszeństwa w połowie naszych wczasów, a jego naprawa przedłuża się i trwa do tej pory (trudność w zakupie wentylatorka, bo w moim laptopie padł!). Korzystając z pożyczonego laptopa (wielkie dzięki mojemu dobroczyńcy!!!) dobrałem się do twardego dysku w zepsutym sprzęcie (za pośrednictwem niewielkiego acz mądrego urządzenia) i wreszcie udało mi się dostać do moich zmagazynowanych tam notatek.
W zasadzie, to co chcę zrobić, to przedstawić tu nauczanie, jakim tam w ciągu 7-miu dzieliłem się podczas naszych porannych „społeczności”. Nie będę opisywał, co robiliśmy w poszczególne dni, ale zdjęcia które będę wrzucał w każdy z 7-miu odcinków tego materiału dadzą wam ogólne pojęcie o tym, co tam robiliśmy - poza leżeniem krzyżem i biczowaniem się. Ha, ha, ha!
Zanim przejdę do tematu (to w następnym poście) rzucę jeszcze garść informacji, byście wiedzieli gdzie byliśmy, z kim i kiedy? Otóż, byliśmy niewielką grupą 16-tu osób. Tyle zgłosiło się spośród naszej kilkusetosobowej rodziny Zboru Stołecznego KZ. Ponieważ pierwszy raz organizowaliśmy taki wyjazd dla tego zboru, myślimy, że ludzie nie załapali jeszcze idei - spędzenia czasu urlopu na odpoczynku wśród "zborowych" przyjaciół. Niektórzy z tych, co się nie wybrali mówili, że obawiali się, że przeładujemy czas wykładami i modlitwami - co oczywiście NIE MIAŁO MIEJSCA! Zresztą zawsze naszą dewizą było to, by wakacje były czasem odpoczynku, regenerowania sił - aktywnego, atrakcyjnego turystycznie i kulinarnie czasu, a nie męczenia ludzi całodniowymi nasiadówkami podczas gdy na zewnątrz upał, woda i inne atrakcje. A to, że było nas tylko 16 osób wcale nas nie zmartwiło, bo najlepiej ludzie integruja się w niezbyt dużej grupie. A więc za rok nie będziemy chcieli zbytnio tej grupy powiększać.
Organizując podobne wyjazdy dla naszego dawnego zboru na Ursynowie, co roku zabieraliśmy ludzi w inne miejsce kraju (lub zagranicy). Wyjazdy te miały więc zawsze charakter turystyczny, wypoczynkowy. Oczywiście zawsze był też czas na refleksję podczas porannych bądź wieczornych społeczności. Dużo też śpiewaliśmy - najlepiej przy ognisku. Co też bardzo przypadło do gustu tegorocznym uczestnikom Wczasów.
A gdzie byliśmy? Zanim zdradzę, gdzie byliśmy w tym roku wymienię miejsca gdzie bywaliśmy wcześniej. Wymienię tylko kilka: Karpacz, Białka Tatrzańska, Ojców, Wisła, Sromowce Wyżne, Kudowa. Byliśmy też w Austrii i na Słowacji. A w tym roku nasz wybór padł na Kaszuby. Zainstalowaliśmy się w ośrodku z domkami campingowymi w Chmielnie koło Kartuz. Stamtąd codziennie robiliśmy wypady busem po ciekawszych zakątkach Kaszub.
Byliśmy tam 7 dni - od 31 lipca do 7 sierpnia 2010 roku.

sobota, 24 lipca 2010

SIEDEM DNI NA MAZURACH - 7

Dziś jest ostatni pełny dzień naszego pobytu w Kruklinie. 
(Wyjeżdżamy jutro około południa.)
Postanowiliśmy spędzić go zupełnie relaksowo, na terenie Siedliska Kruklin. Nacieszyć się atrakcyjnością tego miejsca, zapamiętać jego szczególny charakter.
Przez cały ubiegły tydzień dzieliliśmy nasz czas pomiędzy relaks na rozległym terenie siedliska Kruklin a oglądanie rozmaitych atrakcji tego pięknego regionu Polski, jakim są Mazury. Regionu – dodam – wcześniej przez nas nie odkrytego. Dziś postanowiliśmy nigdzie się nie ruszać a raczej nacieszyć oczy widokiem przepięknie zaprojektowanego terenu rekreacyjnego – tak, by nasze wspomnienia zostały ściśle powiązane z tym miejscem.
Tak więc Wala się opalała a ja siedziałem sobie w cieniu altanki, spisując swoje wrażenia. Później podjechaliśmy nad jezioro Kruklińskie, by w końcu zakosztować w nim kąpieli. Mogliśmy wprawdzie pojechać tam na rowerkach (które notabene są w wyposażeniu pensjonatu), ale ponieważ Wala niezbyt pewnie czuje się w siodle (czy, jak kto woli; na siodełku) a i miejscami piaszczysta polna droga podnosi stopień trudności jazdy rowerem, podjechaliśmy tam wiec PiTkiem (to jest PT Cruiserem).
Na plaży nad jeziorem zastaliśmy dwa inne małżeństwa z naszego Siedliska – młode małżeństwa z małymi dziećmi. Woda była ciepła, choć nie przesadnie, dobrze chłodząc ciało z upału. Popływałem sobie trochę rozkoszując się jej chłodem. Wala też często schodziła ze słońca, by ochłodzić się w wodzie jeziora. Brodziła sobie po pas w wodzie – dalej nie odważyła się wchodzić, bo jak twierdzi: nie pływa. Nie dała mi się jednak namówić na mały eksperyment, by udowodnić jej, że na pewno pływałaby jak boja, unosząc się na powierzchni wody. (To taki mój żarcik!)
Znowu odważyłem się trochę wygrzać na słońcu, jednocześnie chroniąc głowę w cieniu. Poczytałem też sobie trochę prasy chrześcijańskiej. Po może dwóch godzinach wróciliśmy do domu. 
Wala poszła do pokoju a ja zrobiłem sobie sesję zdjęciową z konikami. Bardzo wdzięcznie mi pozowały, biegając, potrząsając głowami, tarzając się w piachu. Trochę, niestety pogryzły mnie gzy, czy, jak nazywają je inni: muchy końskie lub ślepaki (których tu nie brakuje!). Ale czego się nie robi dla sztuki!
Dopiero pod wieczór, około szóstej, podjechaliśmy na obiad do Starego Młyna. Ja jak zwykle miałem ochotę na ryby, ale dałem się przekonać Wali na spróbowanie czegoś bardziej tradycyjnego. Wzięliśmy więc kartacze (coś w rodzaju pyz z mięsem) i pierogi z mięsem szczupaka(!). O tych pierogach słyszeliśmy od początku naszego pobytu i mieliśmy ochotę spróbować tej regionalnej, mazurskiej potrawy. Ja wziąłem sobie jeszcze kotleta schabowego po wiejsku (z podsmażaną kiszoną kapustą). Zważywszy cenę (12 zł) porcja była bardzo duża i syta!
Właśnie kiedy byliśmy w trakcie jedzenia zadzwonił pastor Wiazowski, którego nie zastaliśmy wczoraj (i zostawiliśmy mu w drzwiach karteczkę). Zaprosił nas na kawę. Za jakiś moment zadzwonił nasz kolega Zygmunt z Kętrzyna, którego też nie zastaliśmy, tylko jakieś trzy dni wcześniej, i analogicznie: zostawiliśmy mu w drzwiach karteczkę. Powiedział, że mogą przyjechać do nas do pensjonatu o ósmej. Pojechaliśmy więc szybko do Giżycka kupić jakieś słodkości na wieczór oraz odwiedzić pastorostwo Wiazowskich.
To było bardzo miłe, kiedy Konstanty, człowiek dobrze już po siedemdziesiątce, objął mnie na przywitanie i powiedział coś w rodzaju: „Daj się Pawełku przytulić. Tak się cieszę, że Pan cię zachował przy życiu.” Spędziliśmy z nimi dobrą godzinkę, rozmawiając o tym, jaką wartość ma życie, wspominając wspólne przeżycia i wspólnych znajomych.
Kiedy wyszliśmy, zadzwoniłem do Zygmunta, by spytać na jakim są etapie. Okazało się, że właśnie przejeżdżają przez Giżycko i szukają drogi na Kruklin. Tak więc mogliśmy poprowadzić ich z Giżycka do naszego Siedliska.
Kiedy już wszystko im pokazaliśmy (na zewnątrz i wewnątrz) usiedliśmy sobie w lounge na parterze i sycąc się owocami, słodyczami i ciasteczkami wspominaliśmy „stare dobre czasy”. A wspólnych wspomnień było naprawdę sporo: jeździliśmy razem na obozy młodzieżowe, ja studiowałem razem z Zygmuntem (choć on był kilka lat wyżej), a z Helenką razem uczyliśmy się na Szkółce Niedzielnej (odpowiednik RK religii) – choć ona kilka lat niżej, niż ja. 
Zygmunt (o 7 lat starszy od Heli) ma wygląd kresowego szlachcica: długie sięgające podbródka wąsy, mocno zaznaczone kości policzkowe i niespokojne, świdrujące oczy. Helenka wyglądała przy nim jak córka – nigdy w życiu nie dałbym jej więcej niż dwadzieścia kilka lat. Świetna figura, ani jednego siwego włoska. Jednak razem tworzą oni świetnie dobraną, pełną radości i dobrego poczucia humoru parę. Hela zdaje się tonować bardzo wyrazisty charakter oraz czasem radykalne poglądy Zygmunta.
Rozmowom Polaków nie było końca. To był bardzo miły wieczór. No i w ogóle bardzo urozmaicony towarzysko dzień.
A więc wszystko zaliczone: odpoczynek, turystyka, spotkania towarzyskie. A przecież to są składniki dobrze spędzonego urlopu! Czas więc wracać do domu!
***
I rzeczywiście: teraz, gdy to piszę, jest już sobota, godz. 11.30. Za pół godziny zwalniamy pokój. Wszystko spakowane; tylko znieść bagaże do samochodu, wziąć prysznic, wypić kawę i w drogę! To był naprawdę piękny urlop! Niezapomniany! Dzięki naszym sponsorom.
No właśnie: dzięki!


piątek, 23 lipca 2010

SIEDEM DNI NA MAZURACH - 6

Dziś pospaliśmy nawet do 9.30! Właśnie o tej porze powinienem być już po śniadaniu i radośnie biec w kierunku stajni, gdzie czekała na mnie pani Ania z osiodłanym już Gepetto.
Ale nic się nie stało - zamiast mnie pojeździła Daria, córka właściciela, a jak zwlokłem się po śniadaniu, około 10.30, Daria miała już dość i mogłem zaraz dosiąść Jepetto.
Najpierw był krótki instruktaż, jak należy trzymać nogi w strzemionach oraz jak wysoko trzymać wodze i ruszyliśmy z nauka jazdy stępa – postawa wyprostowana, nogi cofnięte dotyku obejmują brzuch konia, pięta nisko. Najgorzej było z tym ściskaniem konia nogami. Niestety moje nogi wymagają jeszcze długich ćwiczeń, by mogły cokolwiek ścisnąć.
Popróbowaliśmy jeszcze pokłusować. Pani Ania cały czas prawiła mi komplementy (że świetna wyprostowana postawa, że wstawanie w strzemionach podczas kłusowania doskonale), co rusz to pytając, czy naprawdę jeżdżę pierwszy raz. Ale ja tego nie kupuję, bo jak prosperowała by stadnina, gdyby instruktor jazdy mówił każdemu jak jest naprawdę… :-)
Po konikach przyszła kolej na opalanie. W zasadzie to ja opalałem się po raz pierwszy w tym roku (ze względu na mój niedawny udar) i to tylko dlatego, że zgoliłem brodę i trochę śmiesznie wyglądając z białym podbródkiem, chciałem go trochę opalić. Oczywiście moje opalanie wyglądało tak, że leżąc na pomoście głowę miałem ukrytą w cieniu leżaka, tak że w słońcu wyła tylko część twarzy – od nosa w dół. Tak było bezpieczniej.
Próbowałem też coś złowić (na obiad;) – pan Darek zostawił mi wędki i robaki – ale chyba było za gorąco, bo… nic nie złowiłem. Popływaliśmy też łódka po jeziorze. Wala wprawdzie niezbyt chętnie na nią wsiadała, ale jak już wsiadła to było dobrze. Ponieważ temperatury wczoraj przekraczały 30 stopni, więc wróciliśmy do domu wziąć zimny prysznic (w jeziorze obawialiśmy się pijawek, czy jakiegoś innego świństwa) i ja zająłem się wstawianie na bloga opisu poprzedniego dnia.
Około czwartej po południu pojechaliśmy odwiedzić znajomych baptystów, którzy maja pensjonat w Pieczarkach (nieopodal Giżycka). Umówiliśmy się z nimi telefonicznie na kawę. Trochę błądziliśmy szukając drogi do Pieczarek, ale udało się. Gospodarze przyjęli nas radośnie. Porozmawialiśmy przy kawie na tarasie o starych dobrych czasach (znamy się jeszcze z czasów naszych obozów młodzieżowych). Miło nam się rozmawiało, ale czas było wracać do Giżycka. Dowiedzieliśmy się bowiem, że nasz dobry przyjaciel, pastor Konstanty Wiazowski (też baptysta) jest na zastępstwie w parafii giżyckiej tego kościoła. Pastorstwa Wiazowskich wprawdzie nie zastaliśmy, ale zrobiliśmy sobie spacer po porcie i nadbrzeżu jeziora Niegocin. Leniwa atmosfera panująca wśród załóg przycumowanych tu żaglówek, ludzi jedzących kolację w blasku zachodzącego słońca, udzieliła się i nam.

Tym razem na nasz główny posiłek wybraliśmy restaurację „Kuchnie Świata”. Wzięliśmy sobie placki kresowe i kiszkę ziemniaczaną. Porcje były tak duże, że poprosiliśmy o zapakowanie ich części – zjemy to zaraz na lunch, odgrzane w mikrofalówce.
Do naszego siedliska dotarliśmy około dziewiątej. Pomimo, ze dwa małżeństwa siedziały sobie na ganku, to byliśmy tak „ugotowani” (temperatura nadal trzymała się wysoko – powietrze było duszne), że spędziliśmy wieczór w pokoju. Dopiero po dziesiątej wyszliśmy trochę na zewnątrz, bo kot, który cały dzień przesiedział w pokoju domagał się spaceru (drapaniem w drzwi i wskakiwaniem na klamkę – raz udało mu się nawet wyjść i zbiec na dół, ku uciesze dzieciaków).
Pospacerowaliśmy z kotem w świeżym, lekko już chłodnym i wietrznym powietrzu. Przy otwartych oknach nawet dało się spać – choć pod kołdrę wszedłem dopiero nad ranem, gdy poczułem lekki wiaterek po plecach…

czwartek, 22 lipca 2010

SIEDEM DNI NA MAZURACH - 5


Następnego ranka trzy kolejne kawy postawiły mnie wreszcie na nogi. W tym dniu byliśmy umówieni z moją siostrą Anią i jej mężem Ryśkiem, którzy spędzają urlop nad jeziorem Świętajno koło Węgorzewa. Okazało się, że Ania zdążyła zadzwonić, zanim włączyłem rano telefon. Oddzwoniłem.
Około południa zajechaliśmy do wioski Kal, gdzie Ania i Rysiek kupili sobie mały domek kampingowy. Bardzo się cieszą z tego zakupu, bo od z górą dwadzieścia lat każde wakacje spędzają na Mazurach, mieszkając w ciasnej i dusznej przyczepie kampingowej. Z podnieceniem pokazywali nam kabinę prysznicową, która podnosi o niebo komfort ich letniego mieszkanka.
Po kawce na tarasie przyszedł czas na atrakcje: przejażdżkę motorówką Ryśka po jeziorze. Było pysznie! Wiatr rozwiewał nam włosy, dziewczyny piszczały w ciasnych zakrętach, a motorówka skakała z fali na falę. Obejrzeliśmy zakątki jeziora Świętajno i Mamry. 
Rysiek opowiedział nam kolejno do kogo z osób publicznych należą poszczególne domy i łódki. A tak się składa, że Mazury to miejsce odpoczynku śmietanki towarzyskiej Warszawy. Jak mówią miejscowi właściciele pensjonatów, Warszawiacy stanowią większość ich klienteli. 

Po powrocie do naszej przystani Ania namówiła mnie na pływanie wpław w płetwach. Woda była cieplutka (27*C). A że po pływaniu zawsze chce się jeść, poszliśmy do pobliskiej restauracji, gdzie Wala zamówiła sobie szczupaka a ja filety z sandacza. Słuszne wagowo porcje słusznie też nas kosztowały. Dobrze że płaciliśmy po połowie :).


Do siedliska dotarliśmy pod wieczór. Domownicy przywitali nas prawie entuzjastycznie. Ktoś zawołał: „O, od razu robi się radośniej – wszyscy wracają do domu!” Poszliśmy na górę chwilę odpocząć i zeszliśmy na ganek, gdzie zaczęło już zbierać się towarzystwo. Niestety, komary przegoniły nas do środka – gdzie wprawdzie nie chłodził nas już wieczorny wiaterek, ale były za to inne atrakcje: m.in. gry telewizyjne: golf, kręgle. Wszyscy, i młodzież i starsi, ochoczo chwytali za wirtualną rakietkę.
Później  były jeszcze nocne Polaków rozmowy. Ja zamierzam się dziś wcześnie położyć, bo rano jestem umówiony z panią Anią na koniki. :)