Jak przejść zwycięsko przez ciemną dolinę?
„Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę - boś Ty ze mną!” Psalm 23,4
2.
DOLINA SUCHYCH KOŚCI (Ezechiel 37)
W Księdze Ezechiela prorok maluje przed naszymi oczyma obraz innej doliny. Jest to dolina suchych kości. Pamiętamy, że w 37 rozdziale tej księgi, Bóg przenosi Ezechiela do doliny pełnej kości. Dolina ta wygląda jak jedno wielkie cmentarzysko.
Ciekawe: Bóg zadaje pytanie prorokowi (parafrazując): jak myślisz Ezechielu, czy te kości mogą jeszcze ożyć? Ezechiel odbija piłeczkę w stronę Boga (zresztą bardzo słusznie) i mówi: Ty to wiesz, Panie!
Bóg nakazuje Ezechielowi prorokować nad tymi kościami i wtedy zaczynają one pokrywać się ścięgnami, mięśniami i skórą. Ale nadal nie było w nich ducha – ruach – owego ożywczego tchnienia! Jednak znowu na prorocze słowo Ezechiela ciała ożywają otrzymując od Boga ożywcze tchnienie.
Jest to proroctwo dotyczące Izraela, który znajdował się w jakimś dziwnym letargu, jakby we śnie. Jakby mieszkał w grobowcach. Niby żyli, ale nie było w nich życia! (Jak pobielone grobowce – na zewnątrz odnowione, ale wewnątrz była śmierć…
I tym proroctwem Bóg dał im obietnicę odnowienia ich życia, wlania w nich ducha i sprawienia, że od tej pory zaczną żyć dla Niego. Widzimy więc, że dolinę wyschłych kości można by z powodzeniem nazwać również doliną ożywienia, duchowego odnowienia.
Jakże często my, biegnąc przez życie, z ledwością zatrzymujemy się na moment, by wpaść do kościoła w piątek, czy w niedzielę i podładować trochę nasze duchowe akumulatory. Nie patrzymy w siebie, w głąb swojego serca – miast tego patrzymy w horyzont: próbujemy odgadnąć, co nas czeka za kolejnym zakrętem życia, czy awansuję, czy stracę pracę, czy szef mnie pochwali, czy zbeszta, czy stać mnie będzie na zamorski urlop, czy tylko na urlop nad Morskim Okiem? To wszystko tak zaprząta nasze myśli, że nie ma już tam miejsca na myśli o Bogu, o Jego planach, o tym, jaka jest Jego droga – Jego zamiary względem nas.
I nawet jeśli wydaje nam się, że żyjemy – i to dobrze żyjemy (nieźle nam się wiedzie) – to w Bożych oczach wyglądamy tak jak ta dolina wyschłych kości – nie ma w nas życia (Bożego życia). Myślimy, że mamy piękne domy (czy mieszkania) a Bóg mówi: mieszkacie w grobowcach. Dość smutny obrazek, prawda?
Ale jest też i dobra wiadomość. Bóg chce nas przywrócić do życia, chce nie tylko odnowić nasze ciała, ale też tchnąć w nas swego Ducha. I chce wyprowadzić nas z naszych grobowców… Zresztą, z oczywistych powodów, Bogu bardziej zależy na uzdrowieniu naszego ducha, niż naszego ciała…
Widzisz, czasem przejście przez dolinę może okazać się dla ciebie zbawienne. Dla mnie ta historia nabrała nowego znaczenia podczas mojej niedawnej choroby:
Po trzech tygodniach w szpitalu, kiedy wreszcie stanąłem na chwiejnych jeszcze nogach, widząc podwójnie, o 8 kg lżejszy – skierowano mnie do sanatorium na rehabilitację. Tam z dnia na dzień nabierałem sił – moje kości znowu zaczęły pokrywać się ścięgnami i mięśniami. Bóg dokonał ze mną cudu – przywrócił mi zdrowie fizyczne i psychiczne.
Tam w sanatorium, podczas rehabilitacji, widziałem ludzi, którzy w jednej sekundzie stali się niedołężnymi starcami. Jedni, z niedowładem nogi nie potrafili zrobić kroku bez balkonika; inni, z niedowładem ręki uczyli się przesuwać koraliki po wygiętym drucie. Słyszałem jak kobieta w moim wieku, zawodowa tancerka o świetnych warunkach fizycznych, na nowo uczyła się mówić…
Bóg oszczędził mi tych doświadczeń (chwała Mu za to), ale co z ożywczym tchnieniem?
Muszę się przyznać, że niechętnie jechałem do tego sanatorium. Chciałem już pomału wracać do służby, do duszpasterskiej aktywności, do rutyny cotygodniowych spotkań i nabożeństw. Chciałem wesprzeć pastora Arka w jego licznych obowiązkach. Ale po co Bóg dał nam żony – tę odpowiednią pomoc (ezer kenegdo). Moja dała mi dobrą radę; powiedziała: jedź wzmocnij się i wróć w pełni sił, pokrzepiony i odnowiony na ciele i duchu.
I tak pojechałem. Będąc już na miejscu ćwiczyłem, chodziłem na długie spacery–marsze; ale też czytałem, myślałem i pisałem. To kazanie powstało na piaty dzień mojego pobytu w sanatorium. Wierzę, że Bóg nie tylko sprawił fizyczne odnowienie mojego ciała, ale też tchnął tam we mnie swego Ducha, tak aby moja dalsza służba miała nową jakość.
Dolina suchych (czy wyschłych) kości to, pomimo jej początkowo ponurego obrazu, dolina nadziei i optymizmu – tu bowiem dokonuje się ożywienie tego, co było już martwe, odnowienie tego, co wymagało odświeżenia. To dolina Bożego wyposażenia, i to nie byle jakiego wyposażenia, bo Bóg daje swoje ożywcze tchnienie, które pozwala ożyć, żyć i chwalić Go!
Czasem dobrze jest znaleźć się w dolinie...