Trzeci dzień pobytu w sanatorium upłynął niestety znowu pod znakiem bólu głowy. Tym razem wziąłem na noc proszki znieczulające, więc spałem dobrze – mogę nawet rzec: bardzo dobrze! Kiedy się jednak przebudziłem znowu dał o sobie znać mój znajomy, ćmiący i ściskający czaszkę gdzieś nad oczodołami, ból głowy…
Postanowiłem go przetrzymać. Pomyślałem sobie, że skoro zaraz będę zajęty ćwiczeniami, to łatwo zapomnę o tym ucisku wokół mojej głowy. Niestety, tak się nie stało. Nie ustąpił ani podczas długiego spaceru po lesie, ani podczas wykonywania kolejnych serii ćwiczeń. Ból wzmagał się i wreszcie około południa poddałem się – wziąłem kolejną tabletkę Ketonalu. Co nie znaczy, że natychmiast uśmierzyła ona ból; jeszcze trochę mnie potrzymał w swoich szponach.
No ale dość o boleściach wszelakich, żeby ktoś nie pomyślał, że w tym sanatorium zamieniłem się w jakiegoś cierpiętnika. Wreszcie, poza tymi uciążliwymi bólami głowy wszystko inne mi się tu podoba: miejsce, towarzystwo, jedzenie, pogoda, no i sama rehabilitacja! Dziś byłem na dwóch długich spacerach, dwa razy na elektrycznej „bieżni”, dwa razy na „rowerku” i na kilku innych przyrządach.
Nie pomyliłem się: ścieżka poprowadziła mnie prosto do naszej działki! A cała droga w jedną stronę zajęła mi 15 minut - spokojnym, spacerowym krokiem. Na działce obok zastałem Jurka, zajętego piłowaniem drzewa na opał a także jego matkę i ojca. Wszyscy oni wiedzieli o mojej chorobie, więc ucieszyli się, że widzą mnie w dobrej formie – choć zdziwili się, co tu robię. Wyjaśniłem im gdzie obecnie przebywam i spędziliśmy kwadrans na miłej rozmowie.
Po powrocie próbowałem czytać dwie broszury: jedną podrzuconą mi przez Walę o zaciekawiającym tytule „Bóg dolin” (skierowana do ludzi znajdujących się w trudnych sytuacjach: chorób, śmierci najbliższych, utraty pracy, itp.) a drugą wręczoną mi przez ojca mojego kolegi Jurka, którego dziś odwiedziłem, o dziwnie brzmiącym tytule „Nabożeństwa niedzielne: dobre i niedobre”. Niestety, żadna z nich nie zdobyła mojego zainteresowania na dłużej. Pierwsza ze względu na bardzo niski poziom tłumaczenia z języka angielskiego; po prostu nie czytało się jej łatwo z powodu momentami bardzo dziwnej konstrukcji zdań, użytych wyrazów i fraz. Może jutro dam jej „drugą szansę”. ;-)
Druga broszura, autorstwa ojca Jurka, zdegustowała mnie sposobem poddania krytyce tego jak inni przeprowadzają niedzielne nabożeństwa (według autora w większości źle, niebiblijnie i nieprofesjonalnie). Nie chcąc w tym miejscu prowadzić polemiki z autorem ograniczę się do stwierdzenia, że pomimo iż rozumiem potrzebę poddawania krytyce wszystkiego, co robimy, to jednak w pozycji, którą trzymałem dziś w ręku zabrakło mi nie tylko miłosierdzia i łaski ale nawet zwykłego poszanowania godności innych.
Wystarczy, że przytoczę tu kilka przykładowych określeń użytych przez autora: „treści jałowe myślowo i muzycznie”, „monotonne śpiewy marnotrawiące czas”, „upodabniają się do kabaretowych zespołów dancingowych”, „teatralne występy solistów oklaskiwane jak w cyrkach”, „przy akompaniamencie perkusyjnego łomotu”. A na koniec jeszcze rodzynek: „Śpiewane w biblijnych zborach hymny emanują Bożym pięknem (…) Są zapisane w ewangelicznych śpiewnikach, zwłaszcza dawnych. Niestety, na ich miejsce domorośli „twórcy" wtryniają swoje „artystyczne” jałowizny, wykonywane z prymitywnym pobrzękiwaniem gitarowym i dudniącym waleniem w bęben. Te „dzieła” są – niestety – przez licencjonowanych pastorów z rozdeptanym przez słonia uchem, bezkrytycznie aprobowane.” Koniec cytatu.
No cóż, chciałoby się rzec: Drogi bracie faryzeuszu, tak się składa, że Bóg użył zarówno mnie - „licencjonowanego pastora z rozdeptanym przez słonia uchem” - jak i mojego „prymitywnego pobrzękiwania gitarowego”, aby otworzyć drzwi zabawienia przed setkami ludzi. Ci ludzie o Bożej miłości dowiedzieli się z tych „bezkrytycznie aprobowanych" przeze mnie "artystycznych jałowizn domorosłych twórców”. Gdyż te własnie „treści jałowe myślowo i muzycznie” "wtryniałem" im – mi. in. tysiącom leczących się alkoholików podczas mojej dwudziestoletniej służby w Ośrodku Terapii Uzależnień. Wielu z nich dzięki tym „monotonnym śpiewom" ponoć "marnotrawiącym ich czas” jest dziś dziećmi Bożymi, chodzącymi z Panem i głoszącymi zgodnie ze swoim obdarowaniem Ewangelię innym grzesznikom. I to jest dla mnie cudem Bożej miłości! To się nazywa dzieło Boże. Czy brat wie, bracie faryzeuszu, o czym tu mówię?...
Nie, raczej mu tego nie powiem. Może kiedyś... w innej formie...
Nie, raczej mu tego nie powiem. Może kiedyś... w innej formie...
Wieczorem, już po kolacji spotkała mnie jeszcze jedna atrakcja. Zadzwonił mój znajomy - Mołdawianin mieszkający w Wesołej. Witia, osiedlił się tu (wraz z rodziną) kilkanaście lat temu. Okazało się że jego dom jest oddalony od sanatorium jakieś 10 minut drogi pieszo. Za pół godziny zjawił się pod bramą razem z żoną i z reklamówką pełną wiktuałów. Spędziliśmy ponad pół godziny w ogrodzie rozmawiając na temat różnych dziwnych postaw, jakie pojawiają się od czasu do czasu wśród chrześcijan. Temat wynikł sam, kiedy wspomniałem o mojej krótkiej rozmowie, jaką miałem z ojcem mojego kolegi Jurka.
Niestety z ogrodu przegonił nas chłód wieczoru. Ale umówiliśmy się, że nie będzie to nasze ostatnie spotkanie podczas mojego tu pobytu. Witia i jego żona serdecznie zaprosili mnie do siebie na niedzielny obiad i na kąpiel w prawdziwej wannie(!), czego bardzo brakuje mi tu w sanatorium.
Po powrocie do pokoju razem z Jankiem oddaliśmy się degustacji przyniesionych przez moich gości wiktuałów. To była prawdziwa uczta w porównaniu ze skromną tego wieczoru kolacją. Iście królewskie zakończenie dnia!
(Ps. Imiona opisanych tu osób zostały zmienione.)
(Ps. Imiona opisanych tu osób zostały zmienione.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.