czwartek, 8 lipca 2010

DZIESIĘĆ DNI Z ŻYCIA PACJENTA

Trzeci dzień pobytu w sanatorium upłynął niestety znowu pod znakiem bólu głowy. Tym razem wziąłem na noc proszki znieczulające, więc spałem dobrze – mogę nawet rzec: bardzo dobrze! Kiedy się jednak przebudziłem znowu dał o sobie znać mój znajomy, ćmiący i ściskający czaszkę gdzieś nad oczodołami, ból głowy…
Postanowiłem go przetrzymać. Pomyślałem sobie, że skoro zaraz będę zajęty ćwiczeniami, to łatwo zapomnę o tym ucisku wokół mojej głowy. Niestety, tak się nie stało. Nie ustąpił ani podczas długiego spaceru po lesie, ani podczas wykonywania kolejnych serii ćwiczeń. Ból wzmagał się i wreszcie około południa poddałem się – wziąłem kolejną tabletkę Ketonalu. Co nie znaczy, że natychmiast uśmierzyła ona ból; jeszcze trochę mnie potrzymał w swoich szponach.
Na domiar złego dziś doszło jeszcze jedno ćwiczenie: leżąc na plecach miałem ręce i nogi podwieszone na linkach (po dwie na kończynę); i tak podwieszony, wyglądając trochę jak mucha załapana w pajęczą sieć (linek w sumie było aż osiem!) miałem robić „pajacyka” w poziomie. Zdawałoby się „bułka z masłem”! Ano nie do końca; okazało się, że leżąc na plecach z podwieszonymi kończynami, znajdow-ały się one powyżej poziomu mojej głowy.   A wobec tego krew z moich kończyn spływała w mój korpus i… do głowy. A to, podnosząc ciśnienie w głowie, potęgowało jej ból.
No ale dość o boleściach wszelakich, żeby ktoś nie pomyślał, że w tym sanatorium zamieniłem się w jakiegoś cierpiętnika. Wreszcie, poza tymi uciążliwymi bólami głowy wszystko inne mi się tu podoba: miejsce, towarzystwo, jedzenie, pogoda, no i sama rehabilitacja! Dziś byłem na dwóch długich spacerach, dwa razy na elektrycznej „bieżni”, dwa razy na „rowerku” i na kilku innych przyrządach.






Na pierwszy spacer udałem się zaraz po śniadaniu: usłyszałem, że z jednej strony ogrodzenia brakuje siatki i postanowiłem sprawdzić, co znajduje się za nim. (A był to akurat w kierunku miejsca, gdzie w odległości około kilometra znajduje się działka leśna moich rodziców.) Zaraz po wyjściu poza ogrodzenie natrafiłem na leśną ścieżkę, która – tak na oko – prowadziła w kierunku działki. To mnie zaintrygo-wało: wiedziałem, że gdzieś tędy mój kolega Jurek – mieszkający tuż obok posesji moich rodziców – jeździ rowerem do miasta (Wesoła) na zakupy.
Nie pomyliłem się: ścieżka poprowadziła mnie prosto do naszej działki! A cała droga w jedną stronę zajęła mi 15 minut - spokojnym, spacerowym krokiem. Na działce obok zastałem Jurka, zajętego piłowaniem drzewa na opał  a także jego matkę i ojca. Wszyscy oni wiedzieli o mojej chorobie, więc ucieszyli się, że widzą mnie w dobrej formie – choć zdziwili się, co tu robię. Wyjaśniłem im gdzie obecnie przebywam i spędziliśmy kwadrans na miłej rozmowie.
Do sanatorium wróciłem dokładnie o 11.00, akurat na umówiony czas ćwiczeń. Resztę już znacie: ćwiczenia, walka z bólem głowy i obiad. Po obiedzie przyjąłem zaproszenie mojego współlokatora (pana Janka) do odbycia spaceru do centrum Wesołej. Spacer w dwie strony zabrał nam niecałą godzinkę. Zrobiliśmy sobie drobne zakupy: ja wodę „Arctica” a pan Jan kilka jabłek, z których część zjedliśmy w drodze powrotnej. Wszędzie po drodze – na leśnych ścieżkach – napotykaliśmy znajomych pensjonariuszy sanatorium (tych lżej chorych – tak jak my). Dwie eleganckie starsze panie towarzyszyły już nam do samej bramy sanatorium.
Po powrocie próbowałem czytać dwie broszury: jedną podrzuconą mi przez Walę o zaciekawiającym tytule „Bóg dolin” (skierowana do ludzi znajdujących się w trudnych sytuacjach: chorób, śmierci najbliższych, utraty pracy, itp.) a drugą wręczoną mi przez ojca mojego kolegi Jurka, którego dziś odwiedziłem, o dziwnie brzmiącym tytule „Nabożeństwa niedzielne: dobre i niedobre”. Niestety, żadna z nich nie zdobyła mojego zainteresowania na dłużej. Pierwsza ze względu na bardzo niski poziom tłumaczenia z języka angielskiego; po prostu nie czytało się jej łatwo z powodu momentami bardzo dziwnej konstrukcji zdań, użytych wyrazów i fraz. Może jutro dam jej „drugą szansę”.  ;-)
Druga broszura, autorstwa ojca Jurka, zdegustowała mnie sposobem poddania krytyce tego jak inni przeprowadzają niedzielne nabożeństwa (według autora w większości źle, niebiblijnie i nieprofesjonalnie). Nie chcąc w tym miejscu prowadzić polemiki z autorem ograniczę się do stwierdzenia, że pomimo iż rozumiem potrzebę poddawania krytyce wszystkiego, co robimy, to jednak w pozycji, którą trzymałem dziś w ręku zabrakło mi nie tylko miłosierdzia i łaski ale nawet zwykłego poszanowania godności innych.
Wystarczy, że przytoczę tu kilka przykładowych określeń użytych przez autora: „treści jałowe myślowo i muzycznie”, „monotonne śpiewy marnotrawiące czas”, „upodabniają się do kabaretowych zespołów dancingowych”, „teatralne występy solistów oklaskiwane jak w cyrkach”, „przy akompaniamencie perkusyjnego łomotu”. A na koniec jeszcze rodzynek: „Śpiewane w biblijnych zborach hymny emanują Bożym pięknem (…) Są zapisane w ewangelicznych śpiewnikach, zwłaszcza dawnych. Niestety, na ich miejsce domorośli „twórcy" wtryniają swoje „artystyczne” jałowizny, wykonywane z prymitywnym pobrzękiwaniem gitarowym i dudniącym waleniem w bęben. Te „dzieła” są – niestety – przez licencjonowanych pastorów z rozdeptanym przez słonia uchem, bezkrytycznie aprobowane.” Koniec cytatu.
No cóż, chciałoby się rzec: Drogi bracie faryzeuszu, tak się składa, że Bóg użył zarówno mnie - „licencjonowanego pastora z rozdeptanym przez słonia uchem” - jak i mojego „prymitywnego pobrzękiwania gitarowego”, aby otworzyć drzwi zabawienia przed setkami ludzi. Ci ludzie o Bożej miłości dowiedzieli się z tych „bezkrytycznie aprobowanych" przeze mnie "artystycznych jałowizn domorosłych twórców”. Gdyż te własnie treści jałowe myślowo i muzycznie”  "wtryniałem" im – mi. in. tysiącom leczących się alkoholików podczas mojej dwudziestoletniej służby w Ośrodku Terapii Uzależnień. Wielu z nich dzięki tym „monotonnym śpiewom" ponoć "marnotrawiącym ich czas” jest dziś dziećmi Bożymi, chodzącymi z Panem i głoszącymi zgodnie ze swoim obdarowaniem Ewangelię innym grzesznikom. I to jest dla mnie cudem Bożej miłości! Tsię nazywa dzieło Boże.  Czy brat wie, bracie faryzeuszu, o czym tu mówię?... 
Nie, raczej mu tego nie powiem. Może kiedyś... w innej formie...
Wieczorem, już po kolacji spotkała mnie jeszcze jedna atrakcja. Zadzwonił mój znajomy - Mołdawianin mieszkający w Wesołej. Witia, osiedlił się tu (wraz z rodziną) kilkanaście lat temu. Okazało się że jego dom jest oddalony od sanatorium jakieś 10 minut drogi pieszo. Za pół godziny zjawił się pod bramą razem z żoną i z reklamówką pełną wiktuałów. Spędziliśmy ponad pół godziny w ogrodzie rozmawiając na temat różnych dziwnych postaw, jakie pojawiają się od czasu do czasu wśród chrześcijan. Temat wynikł sam, kiedy wspomniałem o mojej krótkiej rozmowie, jaką miałem z ojcem mojego kolegi Jurka.
Niestety z ogrodu przegonił nas chłód wieczoru. Ale umówiliśmy się, że nie będzie to nasze ostatnie spotkanie podczas mojego tu pobytu. Witia i jego żona serdecznie zaprosili mnie do siebie na niedzielny obiad i na kąpiel w prawdziwej wannie(!), czego bardzo brakuje mi tu w sanatorium.
Po powrocie do pokoju razem z Jankiem oddaliśmy się degustacji przyniesionych przez moich gości wiktuałów. To była prawdziwa uczta w porównaniu ze skromną tego wieczoru kolacją. Iście królewskie zakończenie dnia! 
(Ps. Imiona opisanych tu osób zostały zmienione.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.