wtorek, 20 lipca 2010

SIEDEM DNI NA MAZURACH - 3

Zgodnie z zapowiedziami meteorologów, niebo nad mazurami miało być dziś zachmurzone. I dobrze! Po kliku tygodniach dających w kość upałów, każdy marzył już o chwili wytchnienia pod chmurką… My również.
Postanowiliśmy wykorzystać tę aurę, sprzyjającą turystyce pod gołym niebem, do zwiedzenia słynnego Wilczego Szańca (bunkra Hitlera w czasach II Wojny Światowej), którego nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji zobaczyć. Obiekt ten znajduje się w lasach Gierłoży (niem. Goerlitz) nieopodal Kętrzyna – a więc około 40 km od naszego Siedliska.
Nie wyjeżdżaliśmy z samego rana. Zjedliśmy późne leniwe śniadanie (pysznie przygotowane przez gospodynię), wypiliśmy kawę, pogapiliśmy się jak pani Ania jeździ konno po maneżu, i dopiero około południa ruszyliśmy w drogę. Miło było jechać mazurskimi, krętymi drogami, rozkoszując się mocą silnika i elegancją, z jaką nasz „rumak” brał zakręty.
Na miejscu od razu przyłączy-liśmy się do grupy z przewodnikiem, dzięki czemu mogliśmy korzystać z wielu ciekawych informacji na temat budowy i wykorzystania tych monumentalnych budowli. Całość (razem z parkingiem i przewodnikiem) kosztowała nas 40 zł. – nie mało, ale warto było to wszystko zobaczyć.


Bunkry (a było ich ze dwadzieścia) wyglądały jak wielkie bloki betonu wyrosłe pośrodku lasu. Niektóre z nich całkowicie zniszczone (Hitler wycofując swe wojska kazał je wysadzić), inne w całkiem dobrym stanie – wybuch uszkodził tylko ściany boczne, bądź tzw. zewnętrzny sufit. W niektórych bunkrach grubość sufitu – łącznie zewnętrznego i wewnętrznego, przedzielonego mającą amortyzować ewentualne bombardowanie (do którego, nota bene, nigdy nie doszło) warstwą żwiru – wynosiła aż osiem metrów. Takiej warstwy nie uszkodziłaby żadna konwencjonalna bomba lotnicza!


Dowiedzieliśmy się, że Hitler spędził tu łącznie ponad 800 dni, co daje liczbę dwóch i pół roku. Widzieliśmy ruiny bunkra, gdzie miał miejsce zamach na Hitlera. Niestety (chyba w tym wypadku należy użyć tego słowa) bomba podłożona pod stołem konferencyjnym nie wyrządziła samemu Hitlerowi większej szkody, zabijając czterech spośród obecnych na sali oficerów.


Dowiedzieliśmy się też o największym zmartwieniu stacjonujących tam oficerów i żołnierzy – pladze komarów, z którymi przyszło im walczyć na różne sposoby (np. wylewając naftę do bagiennych jeziorek, by zniszczyć larwy komarów). Niestety, jedynymi poszkodowanymi były żaby, które doszczętnie wyginęły – komary przetrwały ten nazistowski atak. Sam Hitler się wściekł, gdy się dowiedział o głupocie swoich oficerów. Wodę w stawach wymieniono, przenosząc do nich żaby z innych mazurskich jezior.


Tyle o Wilczym Szańcu. Pół kilometra dalej (mijając W.S.) była wystawa miniatur mazurskich zamków i twierdz. Zapłaciwszy po 10 zł za wejściówkę, byliśmy szczerze... rozczarowani ekspozycją – w większości dwuwymiarową (zdjęcia zamków naklejone na dwóch stronach wyciętej na kształt zamku planszy). I nawet jeśli było kilka makiet, to w porównaniu z tym, co widzieliśmy za granicą (Anglia, Austria), lub chociażby na południu Polski (Kowary) były to raczej żałosne próby odwzorowania rzeczywistości. Wyglądały, jak papierowe makiety domków do sklejania – tylko że w większej skali…


Jednak w tym miejscu mogliśmy jeszcze obejrzeć makietę Wilczego Szańca oraz umieszczone w gablotach wojskowe i prywatne akcesoria znalezione na jego terenie. Można też było wziąć do ręki i zrobić sobie zdjęcie z kilkoma rodzajami broni używanej w czasie II Wojny Światowej. Obowiązkowo zrobiliśmy sobie zdjęcie! Po czym skierowaliśmy się ku Kętrzynowi.


W Kętrzynie mieszka mój kolega z czasów studiów, Zygmunt. Niestety nie zastaliśmy go w domu. Za to na dziedzińcu kętrzyńskiego zamku zastaliśmy artystów z Czech, którzy odtwarzali rzeczywistość życia w średniowieczu. Były więc tańce, rzemiosło, gra na barokowych instrumentach. Spędziliśmy tam miłe pół godzinki i ruszyliśmy w stronę domu. Po drodze Wala chciała jeszcze zobaczyć miejsce z wielkimi głazami (znalazła to w przewodniku po Mazurach). Rezultat był taki, że nakręciliśmy kilometrów a na miejsce nie dojechaliśmy, bo okazało się, że trzeba by jechać jeszcze 4 km po bardzo złej polnej drodze a nasz samochód ma wyjątkowo delikatne zawieszenie. Więc zawróciliśmy.


Tym razem nie jedliśmy „na mieście”. Ponieważ z Warszawy przywieźliśmy trochę produktów na grill, więc trzeba było je wysmażyć, co by się nie zepsuły. A więc po przyjeździe zabrałem się do rozpalania grilla. W trakcie grillowania zawołał do nas z drugiej strony jeziora właściciel Siedliska, pan Darek: czy nie chcemy kilka karasi, bo właśnie złowił (w swoim stawie!). Podziękowaliśmy, ale i tak za chwilę przydreptała jego córeczka niosąc z osiem sztuk. I co było robić. Ja ogłuszałem i skrobałem z łusek – Wala patroszyła. I skończyło się na tym, że my prócz wieprzowiny zjedliśmy rybki (mniam, mniam!) a pan Darek z córeczką Darią zjedli trochę z naszych grillowych przysmaków.
Dopiero, kiedy położyłem się spać, poczułem jak bardzo jestem zmęczony! Prócz ogólnego zmęczenia, bolały mnie nogi a najbardziej stopy. Wala wymasowała mi je, smarując woltarenem. Co ja bym bez niej począł! W nocy obudziłem się z dziwnym uciskiem głowy. Trochę mnie to – przyznam – przestraszyło. „Przeholowałem” – pomyślałem sobie. Kilkakrotnie, kiedy próbowałem zasnąć ucisk się powtarzał, więc naturalnie znowu się wybudzałem wzdychając: „Przeholowałem…”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.