Dzień szósty – sobota. Tak tak, nadal jestem w Wesołej. Nawet była taka opcja, by wyjść na weekend do domu na przepustkę, ale uznaliśmy wspólnie z Walą, że będzie i korzystniej dla zdrowia i łatwiejsze logistycznie, jeśli nie będę się kręcił po trójkącie Wesoła – Piaseczno – Sienna.
Sobota jest tu w sanatorium dniem bardziej leniwym, niż reszta tygodnia. Ćwiczenia są tylko dla chętnych i tylko do 11.00, a dalej czas biegnie od posiłku do posiłku. Spociłem się wiec trochę na rowerku, wziąłem prysznic i poszedłem do miasta kupić coś na grilla. Po obiedzie wziąłem ze sobą „prowiant” i udałem się na naszą działkę w lasach Wesołej. Nie mówiłem, ale stoi tam też nasza (moja i Wali) przyczepa campingowa. Ma około 7 metrów długości i ze dwa szerokości (oddzielną sypialnię, wygodne miejsce do siedzenia dla 8 osób, kuchnię, łazieneczkę i szafę). Przyczepa ta stanowi naszą weekendową bazę wypadową do Wesołej.
No więc sobotę postanowiłem spędzić w naszej przyczepie (lub koło niej;). Wziąłem klucze do przyczepy, kurtkę, aparat fotograficzny, pięć „Berlinerek” (parówek), dwie bułeczki, sok i jogurt i tak zaopatrzony udałem ścieżką prowadzącą od dziury w płocie sanatorium prosto do naszej działki. Oczywiście, żeby tam trafić, trzeba wiedzieć którą z setek leśnych ścieżek wybrać. A że krzyżują się co chwila, to łatwo skręcić w niewłaściwą. J
Kiedy dotarłem na miejsce słońce było już dość nisko, dając piękne efekty świetlne w zetknięciu z zielenią lasu. Ważne też że nie grzało mnie za mocno w głowę, co jest ponoć niewskazane po udarze. (Dowiedziałem się tego dziś od jednej z pacjentek.) Obszedłem teren działki dookoła sprawdzając wizualnie stan ogrodzenia. Przy okazji rozpoznałem kilka miejsc, które przywołały z pamięci sceny zabaw z dzieciństwa, jakie tam wymyślaliśmy…
Nabrałem wody do picia od sąsiadów. Przywitałem się z mamą i z tatą Jurka i zaprosiłem go na grilowane parówki. Zanim przyszedł, zdążyłem trochę ogarnąć moje niewielkie gospodarstwo – to jest: przyczepkę. Pootwierałem okna i poodsłaniałem zasłonki. Pomyłem też okna z zewnątrz, jako że woda deszczowa ściekająca z drzew na przyczepę zostawiła na niej grubą warstwę zielonych zacieków. Kiedy byłem już przy czwartym z siedmiu okienek dopadł mnie katar. Po wydmuchaniu nosa w chusteczkę higieniczną zobaczyłem na chusteczce małą różową plamkę. Bez wątpienia była to plamka krwi. Oho – pomyślałem sobie – no to Pawle przeholowałeś. Jak się Wala dowie o tych porządkach to ci da do wiwatu! OK. Byleby skończyło się tylko na tym... Położyłem się. Ale tylko na chwilkę, bo właśnie przyszedł Jurek.
Jurek to ktoś w rodzaju pustelnika. Mieszka sam w lesie. Jest kawalerem – jakoś nie zdążył się ożenić. Zresztą nie zawsze mieszkał w lesie. Jakiś czas przebywał za granicą. Zjechał wszerz i wzdłuż Stany Zjednoczone. Nawet miał tam jakąś narzeczoną, ale czegoś zabrakło (może czasu, może uczucia, a może dolarów) do sfinalizowania umowy małżeńskiej. I tak, dziś Jurek prowadzi tryb życia pustelnika. Ale, jak przystało na pustelnika 21 wieku, Jurek codziennie przegląda prasę w Internecie, sprawdza pocztę elektroniczną, pisze artykuły i tłumaczy teksty (całe książki!) z angielskiego.
Ma olbrzymią wiedzę i świetną pamięć: rzuca nazwiskami i datami jak z rękawa! Przy tym wszystkim, jak to bywa z samotnikami, nie ma z kim podzielić się tą swoją rozległą wiedzą. Dlatego, kiedy pojawiam się w Wesołej to poświęcam mu godzinkę czy dwie. Siadamy sobie wtedy na fotelikach przed przyczepą i Jurek opowiada… A ja głównie słucham i przytakuję -kiwam głową już to z niedowierzaniem, już to ze zrozumieniem; czasami, gdy kontekst opowieści tego wymaga wtrącając kilka słów. Zresztą jego poglądy są momentami tak skrajne, że dla dobra trwałości naszej przyjaźni wolę nie wyrażać swojego stanowiska. To by i tak nic nie dało – Jurek jest mocno utwierdzony w swoich poglądach i niełatwo zmienia zdanie. J
Tak było i tym razem: posiedzieliśmy sobie delektując się nieco za mocno podpalonymi parówkami; Jurek opowiadał, ja słuchałem. Po około godzinie wstałem i oświadczyłem, że muszę się położyć. Jurek posłusznie pomógł mi zebrać sztućce i złożyć fotele i pożegnaliśmy się do następnego razu. Chwilę poleżałem, ale stwierdziłem, że może lepiej będzie udać się do swojego pokoiku w sanatorium i tam odpocząć – bezpiecznie i w ciepełku. Pozamykałem więc obejście i podreptałem ścieżką przez las. Po drodze zadzwoniłem do rodziców, by zapytać o ich zdrowie i zdać im relację z mojego pobytu w sanatorium. Dowiedziałem się, że tata jest wciąż jeszcze bardzo słaby i obolały po operacji woreczka. Mama natomiast coraz pewniej porusza się na „wymienionym kolanie”.
Po powrocie do ośrodka trafiłem zaraz na obchód. Zgłosiłem pani doktor zauważenie krwi w katarze. Pani doktor uspokoiła mnie, że nie ma to związku z moim niedawnym udarem krwotocznym (uff!), ale kazała meldować o jakichkolwiek nowych zauważonych zmianach.
I to tyle. Minęła dziewiąta. Słucham radia (przez komórkę) i piszę swój dziennik. Zaraz zadzwonię jeszcze do Wali. Pewnie już wraca do domu po koncercie Beatki Bednarz w kościele na Siennej. Beatka jest moją koleżanką z czasu studiów; z tym, że ja studiowałem teologię a ona muzykę. Dziś jest cenioną na skalę ogólnokrajową chrześcijańską wokalistką. Kilka lat temu zmarł jej brat (rok starszy ode mnie). Zmarł na raka (bodajże języka); przedtem miał też udar i operowane dwa tętniaki. Nie miał jeszcze 50 lat. Jeszcze dziś trudno jest jej o tym mówić…
A ja ciągle dowiaduję się, kto z moich rówieśników zmarł bądź miał udar… Bóg musi mnie bardzo kochać, że mnie ochronił przed gorszymi konsekwencjami mojego udaru…
No to dzwonię do Wali.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.