Następnym dniem była niedziela (jak to zwykle bywa po sobocie). A jak niedziela – to trza do kościoła! Ale od czego Internet: pogrzebałem i znalazłem w okolicy kilka kościół ewangelicznych: w Gołdapi, w Kętrzynie, w Giżycku. Do Giżycka mieliśmy najbliżej – no i tej samej denominacji, w której ostatnio się udzielamy.
Pastor wypatrzył nas od drzwi i od razu pyta: jak się Paweł czujesz? Ja wprawdzie twarz poznaję, ale w Internecie nie podali nazwiska pastora a z moją pamięcią do imion i nazwisk nigdy nie było dobrze a teraz jeszcze mam wymówkę: jestem po przyjściach... No więc przywitaliśmy się i zaczęło się nabożeństwo.
Uwielbianie trwało z godzinę (na stojąco) – ale grupa muzyczna najwyraźniej miała z tego przyjemność, więc nie mogło trwać za krótko. Po uwielbianiu pastor pyta, czy ktoś ma świadectwo. To nasza szansa na wniesienie czegoś w nabożeństwo. Więc ręka w górę i za chwilę stoję już na środku z mikrofonem w ręku. Moje pięć minut trwało pięć minut. Opowiedziałem o Bożym cudzie wyratowania mnie z udaru.
Po nabożeństwie była kawka i ciasto. Ciasto zjadłem a kawkę wylałem… na własne spodnie.
Pojechaliśmy z Walą zwiedzać Giżycko: wieżę widokową, most obrotowy, twierdzę Bohum (czy jakoś tak). Potem zaparkowaliśmy przy porcie i pooglądaliśmy żaglówki. A że była pora obiadu to go zjedliśmy. Oczywiście rybki, oczywiście w smażalni. Tym razem oboje wzięliśmy sielawę. Bardzo smaczna, w Warszawie nieosiągalna!
Poszliśmy jeszcze zobaczyć plażę, pusta dziś ze względu na zachmurzone niebo – czego nikt specjalnie nie żałował po tygodniach upału. Poszukaliśmy bankomatu – z powodzeniem i wróciliśmy do domu (to jest do naszego Siedliska Kruklin).
Mieliśmy jeszcze ambitny plan pogrillowania sobie w ramach kolacji (produkty przywieźliśmy z domu – tego w Piasecznie), ale Walę zmorzył sen a ja zająłem się pisaniem. Wobec tego zjedliśmy kolację w domu, pooglądaliśmy telewizję i w kimę (tzn. spać:).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.