piątek, 23 lipca 2010

SIEDEM DNI NA MAZURACH - 6

Dziś pospaliśmy nawet do 9.30! Właśnie o tej porze powinienem być już po śniadaniu i radośnie biec w kierunku stajni, gdzie czekała na mnie pani Ania z osiodłanym już Gepetto.
Ale nic się nie stało - zamiast mnie pojeździła Daria, córka właściciela, a jak zwlokłem się po śniadaniu, około 10.30, Daria miała już dość i mogłem zaraz dosiąść Jepetto.
Najpierw był krótki instruktaż, jak należy trzymać nogi w strzemionach oraz jak wysoko trzymać wodze i ruszyliśmy z nauka jazdy stępa – postawa wyprostowana, nogi cofnięte dotyku obejmują brzuch konia, pięta nisko. Najgorzej było z tym ściskaniem konia nogami. Niestety moje nogi wymagają jeszcze długich ćwiczeń, by mogły cokolwiek ścisnąć.
Popróbowaliśmy jeszcze pokłusować. Pani Ania cały czas prawiła mi komplementy (że świetna wyprostowana postawa, że wstawanie w strzemionach podczas kłusowania doskonale), co rusz to pytając, czy naprawdę jeżdżę pierwszy raz. Ale ja tego nie kupuję, bo jak prosperowała by stadnina, gdyby instruktor jazdy mówił każdemu jak jest naprawdę… :-)
Po konikach przyszła kolej na opalanie. W zasadzie to ja opalałem się po raz pierwszy w tym roku (ze względu na mój niedawny udar) i to tylko dlatego, że zgoliłem brodę i trochę śmiesznie wyglądając z białym podbródkiem, chciałem go trochę opalić. Oczywiście moje opalanie wyglądało tak, że leżąc na pomoście głowę miałem ukrytą w cieniu leżaka, tak że w słońcu wyła tylko część twarzy – od nosa w dół. Tak było bezpieczniej.
Próbowałem też coś złowić (na obiad;) – pan Darek zostawił mi wędki i robaki – ale chyba było za gorąco, bo… nic nie złowiłem. Popływaliśmy też łódka po jeziorze. Wala wprawdzie niezbyt chętnie na nią wsiadała, ale jak już wsiadła to było dobrze. Ponieważ temperatury wczoraj przekraczały 30 stopni, więc wróciliśmy do domu wziąć zimny prysznic (w jeziorze obawialiśmy się pijawek, czy jakiegoś innego świństwa) i ja zająłem się wstawianie na bloga opisu poprzedniego dnia.
Około czwartej po południu pojechaliśmy odwiedzić znajomych baptystów, którzy maja pensjonat w Pieczarkach (nieopodal Giżycka). Umówiliśmy się z nimi telefonicznie na kawę. Trochę błądziliśmy szukając drogi do Pieczarek, ale udało się. Gospodarze przyjęli nas radośnie. Porozmawialiśmy przy kawie na tarasie o starych dobrych czasach (znamy się jeszcze z czasów naszych obozów młodzieżowych). Miło nam się rozmawiało, ale czas było wracać do Giżycka. Dowiedzieliśmy się bowiem, że nasz dobry przyjaciel, pastor Konstanty Wiazowski (też baptysta) jest na zastępstwie w parafii giżyckiej tego kościoła. Pastorstwa Wiazowskich wprawdzie nie zastaliśmy, ale zrobiliśmy sobie spacer po porcie i nadbrzeżu jeziora Niegocin. Leniwa atmosfera panująca wśród załóg przycumowanych tu żaglówek, ludzi jedzących kolację w blasku zachodzącego słońca, udzieliła się i nam.

Tym razem na nasz główny posiłek wybraliśmy restaurację „Kuchnie Świata”. Wzięliśmy sobie placki kresowe i kiszkę ziemniaczaną. Porcje były tak duże, że poprosiliśmy o zapakowanie ich części – zjemy to zaraz na lunch, odgrzane w mikrofalówce.
Do naszego siedliska dotarliśmy około dziewiątej. Pomimo, ze dwa małżeństwa siedziały sobie na ganku, to byliśmy tak „ugotowani” (temperatura nadal trzymała się wysoko – powietrze było duszne), że spędziliśmy wieczór w pokoju. Dopiero po dziesiątej wyszliśmy trochę na zewnątrz, bo kot, który cały dzień przesiedział w pokoju domagał się spaceru (drapaniem w drzwi i wskakiwaniem na klamkę – raz udało mu się nawet wyjść i zbiec na dół, ku uciesze dzieciaków).
Pospacerowaliśmy z kotem w świeżym, lekko już chłodnym i wietrznym powietrzu. Przy otwartych oknach nawet dało się spać – choć pod kołdrę wszedłem dopiero nad ranem, gdy poczułem lekki wiaterek po plecach…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.