Dzień piąty. Pomimo świecącego słońca, dzień zapowiada się chłodny. Chłodne, arktyczne powietrze przybyło do Polski znad Atlantyku. Mroźnie powiewy przez uchylone okno nie zachęcają do wyjścia na zewnątrz. Ale nie ma przymusu. Kto powiedział, że codziennie mam sobie robić piesze wycieczki. Wprawdzie mój kolega z sąsiedniej pryczy, pan Janek już wracał ze spaceru kiedy ja wstawałem. Choć przyznał że pogoda jest pieska (i dorzucił jeszcze kilka bardziej dosadnych określeń;).Po śniadaniu i porannej toalecie (obowiązkowo prysznic!) postanowiłem zadekować się z laptopem na łóżku i… napisać kazanie. Kazanie będzie oczywiście na tekst: „Choćbym nawet szedł dolina cienia śmierci, zła się nie ulęknę…”. No oczywiście! A czemu nie? Czemu nie podzielić się moim świeżym doświadczeniem otarcia się o śmierć. W końcu to rzadkość. O wiele częściej, niestety, zdarza się tak zbliżyć do śmierci, że (znowu: niestety) jest już za późno na przekazanie tego doświadczenia, gdyż śmierć nie wypuszcza już ze swych objęć…
Pisanie (połączone oczywiście ze studiowaniem Słowa w tym temacie) sprawiało mi nieukrywaną przyjemność. Studiowanie tematu wciągnęło mnie na dobre – tak iż prawie przegapiłem czas ćwiczeń. Ale zdążyłem na swoje półtorej godzinki rozciągania stawów, ścięgien i mięśni – tuż przed obiadem. A po obiedzie: chwila wahania, czy nie wyjść na spacer. I znowu zwyciężyła zacytowana powyżej argumentacja: zostałem, by oddać się studiom nad ciemną doliną. Tu przypomina mi się film „Cienista dolina” Richarda Attenborough o zmaganiach z chorobą żony C.S. Lews’a, na podstawie książki „A grief observed”.
(Pisząc to teraz zadzwoniłem do mojego researcher’a, czyli Wali, by zapytać jak brzmi angielski tytuł książki, na podstawie której nakręcono ten film. Cóż za zbieg okoliczności: Wala właśnie dziś kupiła jeszcze ciepłe polskie wydanie tejże książki. Znajoma pani w księgarni (nasza Wisia;) sprowadziła jeden jedyny jej egzemplarz specjalnie z myślą o Wali, mając na względzie jej (Wali) ostatnie doświadczenia. Książka opowiada w zasadzie o tym, jak trudno było temu wielkiemu pisarzowi i dobremu chrześcijaninowi pogodzić się z długotrwałą chorobą (2,5 roku) i śmiercią ukochanej żony. Książka jest dokładnym i szczerym zapisem jego uczuć napisaną w formie dziennika. Ciekawostką jest to, że Wala wypatrzyła tę książkę na półce i stwierdziła, że ją bierze, bo po obejrzeniu filmu zawsze chciała ją mieć. Na co Wisia nieśmiało: „Ściągnęłam ją dla ciebie Walciszko, tylko nie miałam odwagi ci jej zaproponować.”
Jednak na godzinkę przed kolacją wybrałem się na spacer! Do mojego okienka na poddaszu „zapukało” ciepłe wieczorne słoneczko. Stwierdziłem, że nie mogę zmarnować takiego wieczoru i nie wykąpać się w jego cieple podczas leśnego spaceru. Jakże wielką przyjemność dawało mi oglądanie zieleni lasu z jego konwalijkami, dębczakami i wysokimi trawami – a wszystko to skąpane w prześwitujących przez gałęzie drzew promieniach nisko już wędrującego słonka… Próbowałem utrwalić to na kliszy aparatu, co okazało się niełatwym zadaniem. Niestety w drodze powrotnej pobłądziłem (zbytnio koncentrując się na fotografowaniu) i do sanatorium dotarłem co nieco na okrętkę, ale koniec końców dotarłem tuż przed porą kolacji.
Na kolację pozostała tylko mała grupka pacjentów – reszta rozjechała się na weekend do domów. Ja postanowiłem pozostać, by nie zaburzać odpoczynku męczącymi przejazdami, spotkaniami i innymi pokusami, które czekałyby mnie w domu. Tak więc weekend spędzę na spacerach i odpoczynku. A w poniedziałek znowu ćwiczenia.Zanim zakończę opis tego dnia wspomnę jeszcze o pewnym miłym incydencie, który przydarzył mi się w tym dniu. Otóż rozmawiając z pewną bardzo miła starszą, ale wciąż piękną i dystyngowaną starszą panią, wspomniałem jej, co według mnie jest powodem mojej tak dobrej kondycji fizycznej. Powiedziałem jej o łańcuchu modlitw, którymi otoczyli mnie moi przyjaciele. Żeby odróżnić ten łańcuch od łańcuszków różańcowych radia Maryja, napomknąłem, że jestem duchownym ewangelickim. Na tym nasza konwersacja się urwała, bo pani Barbara (tak ma na imię) czekała w kolejce do masażysty i właśnie nadeszła jej kolej.
Tuż przed obiadem rozległo się pukanie do drzwi mojego pokoju. Jakież było moje zdziwienie, gdy w drzwiach ujrzałem panią Barbarę. Przyszła mi powiedzieć, że służy w hospicjum ursynowskim jako wolontariuszka i dwukrotnie miała okazję słuchać tam kazań pewnego pastora anglikańskiego – ponoć bardzo sympatycznego, ciepłego (itp. itd.;) człowieka. W tym momencie jej przerwałem – bo nieskromnością byłoby wysłuchiwać większej ilości komplementów – i wyjaśniłem, że tym anglikańskim pastorem byłem ja… Wymieniliśmy jeszcze kilka informacji na temat hospicjum, by potwierdzić, że mówimy o tych samych wydarzeniach.Pani Barbara poprosiła o wymienienie się „namiarami” i serdecznie zaprosiła mnie i moją żonę do odbycia wizyty w jej domu. (Będzie obecna też pani Wanda – nasza wspólna znajoma z hospicjum!)
No proszę, jaki ten świat mały… I dodam jeszcze: jak nieogarniony jest zasięg siewu ewangelii. Czasem ziarno zasiane zupełnie gdzie indziej wykiełkuje w zupełnie innej sytuacji, w innych okolicznościach. Tylko Bóg potrafi zaplanować takie rzeczy!
To było naprawdę miłe spotkanie! Piękna historia na zakończenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.