niedziela, 18 lipca 2010

DZIESIĘĆ DNI Z ŻYCIA PACJENTA

Od przeszło tygodnia jestem w sanatorium. Chciałem w poprzednim zdaniu dopisać „zamknięty”, ale przecież nie jestem tu zamknięty. Po pierwsze, mogę przerwać swój pobyt w każdej chwili bez żadnych konsekwencji. Do drugie, mogę brać przepustki, kiedy tylko potrzebuję – większość pacjentów już w piątek wychodzi do domu na weekend. I po trzecie, wielokrotnie w ciągu dnia wychodzę na zewnątrz – na spacer, do sklepu, do kościoła, czy odwiedzić znajomych. Tak więc, jestem tu, bo chcę tu być. Nie wychodzę na weekendy, by efektywnie wykorzystać daną mi możliwość odpoczynku i odzyskania sił (kondycji fizycznej) po udarze.
Poza tym mam tu dużo tzw. „wolnego czasu”, który mogę wykorzystać na czytanie, medytację i pisanie (zapisywanie myśli związanych bądź z aktualną lekturą, bądź z obserwacjami tego, co mnie tu otacza). W domu nie miałbym na to tyle czasu: sumienie nie pozwalałoby mi na izolowanie się od ludzi, od społeczności wierzących (spotkania, nabożeństwa). W domu też zawsze byłoby coś do zrobienia – choćby odpisanie na e-maile. Poza tym jest jeszcze pokusa włączenia telewizora – no bo skoro wystarczy wcisnąć jeden przycisk, a tam tyle ciekawych programów (chociaż w rezultacie żadnego się nie ogląda, tylko przerzuca programy), to czemu nie!
Dziś od rana przeczytałem kolejną porcję książki Smutek C.S. Lewis’a. Stwierdzam, że niewłaściwie skomentowałem ją wczoraj jednym zdaniem, że jest to książka dla ludzi przechodzących żałobę. Błąd! To książka o wierze w Boga w szeroko pojętym znaczeniu słowa wiara. W kolejnych odsłonach dziennika Lewis’a stopniowo odkrywam jego wątpliwości na temat istnienia Boga i jego dylematy związane z charakterem Boga (jeżeli jest, to czy jest Bogiem dobrym, czy tylko złośliwym klownem igrającym z losami i uczuciami ludzkimi).
Takie pytania muszą się rodzić w obliczu śmierci kogoś bliskiego, czy w ogólności w obliczu poczucia jakiejkolwiek krzywdy (prawdziwej bądź wyimaginowanej). Jest to więc jednak rozważanie na tematy egzystencjalne: czym jest życie, co się z nami dzieje po śmierci, itp. A w związku z choć częściowymi odpowiedziami na te pytania, rodzą się kolejne: czy życie ma sens, a jeśli ma to jaki? Na te i podobne pytania C.S. Lewis próbuje znaleźć odpowiedzi.
Niektóre z nich są odbiciem konkluzji moich własnych przemyśleń. Inne mają dla mnie inną wartość: ukazują duszę człowieka głęboko zranionego, rozgoryczonego, „szukającego winnego”, obarczającego Boga za smutne losy ludzkie i po omacku szukającego satysfakcjonującej odpowiedzi na nurtujące go pytania. Inaczej: ten drugi rodzaj odpowiedzi gryzie się z moim światopoglądem ale ma dla mnie wartość poznawczą w sferze obserwacji zakamarków umysłu (i serca!) drugiego człowieka. Wreszcie przecież tytuł książki to: A grieff observed (Obserwacje na temat pewnego smutku)!
[Tu przerwę – idę poćwiczyć. Jak coś jeszcze urodzi się w mojej głowie, to później dopiszę.]
Już po ćwiczeniach. I po prysznicu – znowu pachnę! Wykorzystując chwilkę, jaką mam przed obiadem przeczytałem kolejny rozdział książki. Natrafiłem w nim na takie zdanie: „Każdą modlitwę dławi pamięć o tych wszystkich modlitwach, jakie razem z H. (tak C.S. Lewis nazywa tu swoją zmarłą żonę Joy – mój przypis) zanosiliśmy do Boga, i o wszystkich złudnych nadziejach, jakie żywiliśmy. Nie były to nadzieje oparte jedynie na naszych własnych pobożnych życzeniach, lecz nadzieje podsycane przez błędne diagnozy, nieoczekiwane spadki temperatury lub chwilowe polepszenie, które można było uznać za cud.”… Smutek, s. 58
No właśnie – pomyślałem sobie – a jak to było z tym moim cudem?...Wierzę, a moją wiarę podziela też moja żona i spore grono przyjaciół, że to dzięki Bożej odpowiedzi na cały worek przyczynnych modlitw za moim uzdrowieniem, dziś jestem tu gdzie jestem (czytaj: między żywymi) i w tak doskonałym stanie zdrowia w jakim jestem. Kiedy patrzę na moich towarzyszy niedoli – mówię tu o trzech piętrach pełnych pacjentów na oddziale rehabilitacji Kliniki Neurologicznej – to tylko nieliczni poruszają się tak bezproblemowo jak ja i mówią pełnymi zdaniami, jak (mam nadzieję) mówię ja. J
Na parterze, jak wspominałem są najcięższe przypadki – to stamtąd co jakiś czas wiozą kogoś do kostnicy. Większość z tych „parterowych” nie wstaje z łóżka a niektórzy śpią cały czas, leżąc na plecach, z ustami otwartymi – na skarbonkę. J Dwa pozostałe piętra zajmują ci, którzy rehabilitują się już od jakiegoś czasu (nawet od kilku lat!). Jednak przeważająca ich większość ma niedowład jednej strony (ręka i noga) i z trudnością, korzystając z laski, stawia każdy krok. Wśród nich są też tacy którzy bardzo źle mówią – swoje potrzeby komunikując pojedynczymi słowami, gdyż mają trudności z przypomnieniem sobie potrzebnych słów. Nie odmieniają przez przypadki…
Kiedy tak siedzę, ćwicząc na sali rehabilitacyjnej – otoczony siedzącymi na wózkach inwalidzkich, dziwnie powykręcanych, z powykrzywianymi ustami ludźmi – przez moją głowę przelatują na przemian negatywne i pozytywne myśli. Pewnie domyślacie się tych negatywnych. Pozytywne zaś są takie, że dziękuję Bogu, że tylko tak się to skończyło w moim przypadku. Przecież mogłem dziś właśnie tak wyglądać…
Raz nawet pomyślałem sobie: A może tyko mi się tak wydaje, że jestem w lepszym stanie niż oni. Może ja też tak wyglądam. A może każdy z nich tak samo myśli: Ja chyba nie wyglądam tak jak ten gość obok z powykrzywianą twarzą, siedzący (a raczej leżący) bokiem na swoim wózku i z opóźnieniem reagujący na polecenia rehabilitanta…
Całe szczęcie na ścianie przed bieżnią, na której akurat ćwiczyłem maszerowanie, jest lustro, więc szybko mogłem skorygować swoje obawy z rzeczywistością. Z lustra spoglądał na mnie zgrabny, wysoki, przystojny, inteligentny, dziarsko maszerujący pięćdziesięciolatek. Uff! To chyba rzeczywiście cud! – pomyślałem. (To znaczy: nie, że ja jestem takim cudemJ, ale że Bóg sprawił cud, iż jestem w tak dobrej kondycji.) Dziękuję Ci Boże!
No właśnie, ale – wracając do cytatu ze „Smutku” C.S. Lewisa: jak to jest z tymi cudownymi ozdrowieniami, albo raczej: jak to jest z naszą wiarą w nie. Jak to było w moim przypadku? Próbując sobie odpowiedzieć na pytanie, czy w moim przypadku był to cud, czy nie, potrzebujemy przyjrzeć się kilku faktom:
1.         Czy byłem poważnie chory, bliski śmierci, a co najmniej z ogromnym prawdopodobieństwem niedowładu itp.? Tak, ponad wszelkie wątpliwości zdiagnozowano u mnie wylew podpajęczynówkowy (co wykazała tomografia) oraz udar niedokrwienny prawej półkuli mózgu (co ponoć też potwierdziły badania). Wystąpiły wszystkie objawy udaru krwotocznego: potworny ból głowy, połączony ze sztywnieniem karku i strasznym szumem i piskiem w głowie; ponadto: wymioty, patologiczna senność, majaczenie i zanik pamięci. To chyba wystarczające dowody.
2.         Czy jest ewidencja modlitw zanoszonych do Boga w intencji mojego wyzdrowienia? Tak! Po apelu internetowym mojej żony, setki chrześcijan deklarowały chęć modlitwy, również całe zbory w Warszawie i w innych miastach Polski modliły się. Wielu ludzi pisało do nas, i później, po moim wyzdrowieniu, osobiście potwierdzając fakty zanoszenia takich modlitw (indywidualnie i grupowo).
3.         Czy wyzdrowiałem? No, to akurat najłatwiej jest udowodnić, w myśl anegdotycznej już definicji słownikowej: „Koń, jaki jest każdy widzi.” Co ciekawe, przełom w mojej chorobie nastąpił dokładnie w dniu, kiedy wiele zborów się modliło: była to pierwsza niedziela po tym jak Wala napisała m.in. do pastorów prośbę o modlitwę. Czy łączyć te dwa fakty? Z pewnością można, choć wierzę, że Bóg – posiadając wiedzę uprzednią do późniejszych wydarzeń – odpowiada nawet na te modlitwy, o których wie, że dopiero będą zanoszone.
***
Powiedziawszy to wszystko, nadal pozostaje niepewność, co do tego uzdrowienia. Wiara ma to do siebie, że zawsze pozostawia pewną dozę niepewności. I zawsze pozostaje ta dręcząca obawa: A co, jeżeli jest to tylko owo chwilowe polepszenie? Co, jeśli ten tętniak gdzieś tam jest i czai się, by znowu zaatakować?
Przecież, tak naprawdę to, mimo całej tej nowoczesnej i drogiej diagnostyki, nie zidentyfikowano źródła krwawienia… Oczywiście, można powiedzieć, że Bóg cudownie i doskonale zamknął to miejsce. Ale, zawsze pozostaje pewna doza niepewności, lęku i obawy: a może to miejsce tam jest, może kolejny udar zaatakuje znienacka i tym razem nie będę już miał tyle szczęścia…
Chciałoby się wołać: Tak Panie, wierzę! Lecz pomóż niedowiarstwu memu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.