niedziela, 18 lipca 2010

DZIESIĘĆ DNI Z ŻYCIA PACJENTA

No cóż, pora kończyć mojego sanatoryjnego bloga. 
Kolejne cztery dni spędziłem w domu, w Piasecznie. Tym razem wziąłem „przepustkę”, bo w czwartek było katolickie święto (tzw. Boże Ciało – cokolwiek to znaczy:), a więc zrobił się długi weekend. 
Dzięki temu mogłem być na pikniku zborowym w Kampinosie, który okazał się bardzo relaksujący i ciekawy – wiele osób ze zboru wzięło w nim udział. Były kiełbaski pieczone nad ogniskiem, biegi przełajowe, strzelanie z wiatrówek i inne atrakcje. Wala była jednym z organizatorów. (Gdyby nie moja choroba, byłoby to też moje zadanie.) 
Po powrocie do sanatorium nie powróciłem już do pisania mojego dziennika. Zająłem się pisaniem innych rzeczy: myśląc już o powrocie do pracy (czy służby, jak ktoś woli) napisałem dwa kazania.
Mój dalszy pobyt w sanatorium - łącznie trzy tygodnie - był pod znakiem dochodzenia do zdrowia, kondycji fizycznej i odpoczynku.
Myślę, że był to bardzo potrzebny dla mnie czas - regeneracji moich sił po udarze. Dzięki niemu mogłem "z marszu" wpaść w wir pracy - choć starając się nie przesadzać z wysiłkiem fizycznym.
Tak więc, prosto z sanatorium przyjechałem na piątkowe nabożeństwo - na którym wygłosiłem swoje pierwsze po udarze kazanie (siedząc na stołku barowym). Po kazaniu podszedł do mnie pastor Czajko i podając mi dłoń w geście podziękowania, powiedział coś w rodzaju: dobre kazanie, logiczne wywody i w ogóle wszystko, jak widać, wraca do normy. A więc moja głowa przeszła test - choć wcale nie wiedziałem, że to był test. :-)
Z drugiej strony, nie uczestniczyłem jeszcze przez jakiś czas we wszystkich nabożeństwach i innych wydarzeniach (np. w niedzielę pastorzy obsługują dwa następujące po sobie nabożeństwa - ja uczestniczyłem tylko w jednym). 
Zaangażowałem się natomiast w przygotowania do projektów mających się odbyć w kolejnych miesiącach: wykłady podczas Wczasów Rodzinnych, konferencja na temat Finanse a Biblia, a także kolejna edycja spotkań Męskie Rozmowy.

A więc welcome home Paul, jak mówią Anglicy.


;-)

1 komentarz:

  1. - A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść.? - spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. - Co wtedy.? - Nic wielkiego. - zapewnił go Puchatek. - Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika...

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.