Napisane 5 maja 2010
Kiedy ktoś budzi się, otwiera oczy, rozgląda się – i od razu orientuje się, że znalazł się w szpitalu, to natychmiast w jego głowie pojawia się myśl, że chyba coś niepokojącego musiało się ‘zadziać’ z jego zdrowiem.
Tak też wyglądało to w moim przypadku. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem nad sobą pochyloną z troską twarz doktora ubranego w zielony kitel.
„Panie Jarosz – usłyszałem znowu ciepły głos mojego - jak się później okazało - lekarza prowadzącego – No, wrócił Pan do nas! Miał Pan wylew krwi do mózgu. Miał Pan sporo szczęścia – ciągnął dalej – zwykle przy tak rozległym wylewie umiera się zanim przyjeżdża pogotowie…”
Te informacje w zupełności mi wystarczyły, bym mógł właściwie ocenić moją obecną sytuację… Nie pamiętam, czy się wtedy spociłem czy nie. Pamiętam to uczucie, że wszystkie moje plany i zamierzenia – projekty, które aktualnie realizowałem, ba, nawet moje tzw. osiągnięcia – nijak się mają do stanu, w jakim się znalazłem.
Nagle wszystko straciło znaczenie! I nie była to wcale jakaś pesymistyczna myśl. Ta myśl sprawiła mi nawet przyjemność, wnosiła bowiem promień słońca w moją duszę, jakieś uporządkowanie w mój - w tamtej chwili nieskładnie funkcjonujący - skołatany umysł.
Bo oto zdałem sobie sprawę, że to, co się naprawdę w życiu liczy, to nie osiągnięcia, działania i cały ten „szum” jaki lubimy tworzyć wokół swojej osoby, ale stworzenie bliskich, przepojonych miłością relacji. Krótko mówiąc: bycie takim człowiekiem, by w sytuacjach ciężkiej choroby (lub nadchodzącej śmierci) przy moim łóżku szpitalnym znalazło się grono ludzi, którzy swoim przyjściem wyrażą troskę, głęboki żal z powodu zaistniałej sytuacji; a może też i wdzięczność za coś, co może ja uczyniłem im – z głębokiej przyjaźni, z serca.
Ja miałem to szczęście, że przy moim „łożu boleści” (ból głowy był chwilami nie do zniesienia!) stanęło wiele takich osób a listy przekazywane drogą elektroniczną, płynęły ze wszystkich stron świata: od Indonezji aż po Meksyk…
Jednak najważniejsze dla mnie było to, że mojego szpitalnego łóżka nie odstępowała moja najbliższa rodzina: żona Wala, syn Michał z synową Mają i z ich córeczką a moją cudowną wnuczką Hanią (niestety, nie pozwolono jej mnie odwiedzać). Z trudem przekonaliśmy (oboje z Walą) Maję i Michała, by nie odwoływali swojej podróży na Teneryfę, tłumacząc, że mam się już lepiej i jak wrócą będę już w sanatorium; rokowania lekarzy są pomyślne a to znaczy, że zagrożenie minęło…
Oczywiście, zjawiła się też ta dalsza rodzina – przy czym „dalsza” nie znaczy tu „gorsza”. Według mojej obecnej definicji, bliższa to ta, którą widzę codziennie, bądź co drugi dzień (żona, dzieci). Natomiast dalsza to ta, którą widzę rzadziej (rodzice, rodzeństwo). Zapiszę to na plus Panu Bogu, że to mój obecny stan zdrowia dostarczył pretekstu do rodzinnych spotkań.
W sobotę, późnym wieczorem, po zgłoszeniu żonie potwornego bólu głowy, połączonego z huczeniem i piskiem wewnątrz głowy, opadłem z sił i zasnąłem. Wala wahała się czy wezwać pogotowie, ale ponieważ miałem też silne torsje, nie była pewna czy nie było to wyjątkowo silne zatrucie pokarmowe. (W południe zjadłem „podarowanego” łososia, więc podejrzenie padło na niego.)
Dopiero rano zadzwoniła po syna i zawieźli mnie do piaseczyńskiego szpitala, gdzie zbadano mnie najpierw na okoliczność zatrucia.
Podobno sam się ubrałem i zszedłem do samochodu – czego zupełnie nie pamiętam! Że coś jest ze mną „mocno nie tak” Wala zdała sobie sprawę już w szpitalu, kiedy podczas rejestracji nie byłem w stanie udzielić najprostszych informacji na temat mojego wieku, adresu, itp. Ba! Pomyliłem nawet imię mojej ukochanej wnusi!
Po wykluczeniu zatrucia pokarmowego, karetką przewieziono mnie do szpitala MSWiA na ul. Wołoskiej w Warszawie, na Oddział Udarowy Kliniki Neurologicznej.
Resztę opisałem w powyżej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.