środa, 30 czerwca 2010

Gotowy na spotkanie ze Stwórcą

25 kwietnia 2010r. całkiem niespodziewanie znalazłem się w szpitalu. I kiedy piszę „całkiem niespodziewanie”, to nie mam tu na myśli logicznie wytłumaczalnej konsekwencji jakiegoś zdarzenia lub pojawienia się i stopniowego rozwoju niewydolności któregoś z organów mojego ciała.
Ot, po prostu: jednego dnia funkcjonowałem jak zdrowy -- w pełni sił, w pełni aktywności zawodowej -- pięćdziesięciolatek a następnego dnia mój mózg nagle zaczął nieprawidłowo funkcjonować: miałem kłopoty z pamięcią i z kojarzeniem faktów (tego, co się wokół mnie dzieje). Zresztą, wiem to tylko z opowiadań innych – nic z tego dnia nie pamiętam.
W szpitalu tomografia mózgu wykazała iż nastąpił udar krwotoczny – czyli wylew krwi do mózgu, a dokładnie w przestrzeń podpajęczynówkową. Najprawdopodobniej było to spowodowane powstaniem i pęknięciem tętniaka.
Bardzo pasuje tu określenie, że spadło to na mnie „niczym grom z jasnego nieba”. Niebo nade mną rzeczywiście było jasne i nic nie zapowiadało „nadciągającej burzy”. A jednak tego dnia nasz Wielki Mierniczy podzielił moje życie na dwie różne części – na życie przed i po wylewie…
Wydarzenie to, nawet jeśli ja nie postrzegam jako wtedy traumatyczne dla mnie (w schorzeniu tym mózg zostaje jakby częściowo wyłączony i dużo dzieje się poza świadomością chorego), to jednak wstrząsnęło ono egzystencjalnymi podstawami mojego życia.
Po pierwsze: zdałem sobie sprawę z tego jak kruche jest ludzkie życie, tzn. jak mały mamy wpływ na to , ile i jak* będziemy żyli (*tzn. w jakim stanie zdrowia).
Po drugie: uświadomiłem sobie dokładnie stan mojej wiary. W moim przypadku przeszedłem sprawdzian. Ten wypadł pomyślnie: kiedy w szpitalu, po odzyskaniu przytomności (był to poniedziałek, 26 kwietnia), zdałem sobie sprawę z tego, jak bliski byłem „przejścia na drugą stronę” – przyjąłem to z nadspodziewanym spokojem i akceptacją. Byłem gotowy na spotkanie ze Stwórcą.
Po trzecie: wyraźnie wtedy zobaczyłem, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Jak wspomniałem wcześniej: choroba zastała mnie w chwili pełnej aktywności i to pod każdym względem: rodzinnej, małżeńskiej, fizycznej, zawodowej… Poza moimi zwykłymi obowiązkami (służbą pastora), podjąłem i właśnie zakończyłem 5 tygodniową pracę zleconą w firmie zajmującej się inwentaryzacja majątku dużych firm. Ponadto jestem (a raczej byłem) zaangażowany w czterech komitetach organizujących duże międzykościelne imprezy (WEŚB, ŚDM, CROWN, GLS), I oto nagle, pośród tych wszystkich aktywności, dopada mnie choroba, która na kilka  tygodni przykuwa mnie do szpitalnego łóżka. Czy myślicie, że musieli mnie przypinać do niego pasami? Że się rwałem, by zakończyć wszelkie rozpoczęte sprawy, zobowiązania, projekty? Nie! Powiedziałem cichutko (albo tylko w myślach): „Panie, jestem tu, gdzie Ty zdecydowałeś, bym był. Niech dzieje się Twoja wola, nie moja…” Nagle zrozumiałem, że liczy się nie to „ile dla Boga zrobimy”, „ile w życiu dokonamy” i „jak na ludzie oceniają”. Ta choroba uświadomiła mi, że najważniejszą rzeczą jest stan mojego serca – „czy Syn Człowieczy znajdzie w nim wiarę…”
Często mówi się, że nawet w ostatniej godzinie życia można się oddać pod opiekę Boga. Problem w tym, że często te ostatnie godziny życia nie pozostawiają już miejsca na tego rodzaju decyzje… Ze mną podobno też „było już krucho”  - mogłem się ocknąć „po jednej albo po drugiej stronie”. Zresztą, nawet po „przebudzeniu”, a i przez pierwsze dwa tygodnie nie byłem w stanie skupić się dłużej na modlitwie. Na zastanawianiu się nad „sprawami wiary” – nie mówiąc już o studiowaniu Słowa i o retrospektywnej, pokutnej modlitwie. Tak więc, jestem wdzięczny Bogu, że mogłem choć sprowadzić cała moją wiarę do słów: „Jestem gotowy, gdziekolwiek mnie poprowadzisz”.
Jedyny niepokój (choć i on szybko minął), kiedy lekarz uświadomił mnie o moim wciąż jeszcze poważnym stanie, wzbudziła myśl: „A co z moimi najbliższymi? Żoną, dziećmi, wnuczką? Nade wszystko nie chciałbym im sprawić bólu. I: co będzie z Walą – jak sobie poradzi sama, beze mnie?...”
I wtedy uświadomiłem sobie, że Bóg zatroszczył się już o wszystko! Jeszcze osiem miesięcy temu nasza stabilizacja życiowa pozostawiała wiele do życzenia. Brak wystarczających środków do życia, brak stabilnej służby, czuliśmy nawet brak miłości niektórych, którym służyliśmy. Dziś, Bożym zrządzeniem, sytuacja wygląda diametralnie inaczej: mamy satysfakcjonującą i stabilną służbę; środki do życia; czujemy się potrzebni i docenieni. Wala spełnia się też w służbie kobietom na różnych poziomach (w kościele, w działaniach międzykościelnych); ma wiele wspaniałych przyjaciółek; ma dach nad głową, środki do życia, stabilną pracę.
I tak, powierzywszy wszystko w Boże ręce, powierzyłem Mu też i moje życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.