środa, 30 czerwca 2010

Tytułem wstępu.

Dziś rano (no, może nie było to zupełnie rano;-) przy kawie przeczytałem w czasopiśmie Słowo i Życie świadectwo nawrócenia niejakiego Jacka. Świadectwo poruszające, dające do myślenia i napisane pięknym stylem!
Pomyślałem sobie: to niesamowite, jak dobry wpływ można mieć na innych za pośrednictwem słowa pisanego! Dlaczego miałbym zachowywać tylko dla siebie to, czego uczę się każdego dnia: o sobie, o innych, o życiu, no i o Stwórcy!
Szczególnie teraz, po moich ostatnich doświadczeniach, kie-dy wskutek choroby otarłem się o śmierć. Mam przecież tyle wspaniałych pozytywnych doś-wiadczeń, przemyśleń i rzeczy, których Bóg nauczył mnie w tej chorobie. A więc postanowiłem zacząć pisać! A zacząłem już w szpitalu.
Zanim jednak zacznę pisać, powiem kilka słów o sobie: Nazywam się Paweł, jestem mężem, ojcem, teściem i dziadkiem (no i oczywiście jeszcze czyimś synem i bratem). Mieszkam z moją rodziną (czytaj żona i - w bezpiecznej odległości - syn z jego rodzinką) w podwarszawskim Piasecznie, gdzie przeprowadziliśmy się 3 lata temu z Warszawy.
Mam już na karku pięćdziesiątkę, ale, jak to czasem z facetami bywa, nie czuję się staro – ot, jak gdybym wczoraj zrobił maturę. Niestety moje z lekka już „przechodzone” ciało przypomina mi od czasu do czasu, że nie jestem już młodzieniaszkiem (i to dobrze)!
Chciałem napisać, że nie czuję się dziadkiem – ale to byłaby nieprawda. Jestem dziadkiem małej dwudziestomiesięcznej Hani i wcale nie mam nic przeciwko temu! Ale po kolei. Bo przecież zanim wnuki, to musiały być wcześniej jakieś dzieci, a jeśli tak, to znaczy, że była tez jakaś szalona wielka miłość. Bo rzeczywiście była (i taką pozostała!).
Moja szalona miłość ma na imię Walentyna – ale nazywają ją różnie: Wala, Walcok, Walciszka (z jakichś powodów jej starsza siostra nazywa ją Acik;) Poznaliśmy się grubo ponad ćwierć wieku temu na jakimś obozie w Bieszczadach. Od razu wpadła mi w oko! Później „kolegowaliśmy się” na obozie w Ostródzie. Po roku, czy dwóch latach spotkaliśmy się znowu (i to wcale już nie przypadkowo) na zimowisku w Jeleniej Górze, skąd mój Walcok pochodzi. Wyjechałem stamtąd już jako „chłopak Wali”. Yeah!
Dwa lata później wzięliśmy ślub (mieliśmy około 22 lat – ja troszkę starszy niż ona;) a równe 9 miesięcy później przyszedł na świat owoc naszej miłości – Michałek. Zamieszkaliśmy w Warszawie. 
Acha, jako, że mój tata był pastorem ewangelicznego kościoła, przeto i ja w jakiś przedziwny sposób poszedłem na studia teologiczne. Teologia – jako nauka, nie bardzo mnie wtedy wciągała (wszak moje studiowanie nałożyło się z moim zakochaniem w Wali). Ale ponieważ zawsze byłem typem towarzyskim, figlarnym, uśmiechniętym od ucha do ucha, to spełniałem się i nadal spełniam w pracy z ludźmi, w wymyślaniu dla nich ciekawych wyzwań i przewodzeniu im w ich podejmo-waniu. Wszystko oczywiście w ramach ewangelicznego kościoła.
W latach dziewięćdziesiątych założyliśmy z Walą na Ursynowie chrześcijańską wspólnotę ludzi „pozytywnie zakręconych”, zakochanych w Bogu, czy po prostu idących z Nim przez życie – określeń może być wiele. Przez prawie dwadzieścia ostatnich lat spełnialiśmy się w prowadzeniu tej wspólnoty. Ostatnio prowadzimy podobne działania w ramach warszawskiej parafii Kościoła Zielonoświątkowego. Znaleźliśmy tu życzliwych i fantastycznych ludzi. Tak, jak wcześniej dla naszej niewielkiej wspólnoty, tak i tu prowadzimy dla nich cotygodniowe spotkania: dla mężczyzn, dla kobiet, dla małżeństw. Organizujemy też pikniki, grille, wczasy letnie i konferencje – całodniowe spotkania z ciekawymi gośćmi.
I to tyle z grubsza o mnie, o moim życiu, o moich bliskich i przyjaciołach. Reszty dowiesz się czytając dalej mojego bloga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.